Rzeczą i dziennikarza, i blogera jest szukanie dziury w całym. Można jednak odwrotnie: poszukiwać kawałka całego w jakiejś wielkiej dziurze. Takiej np., jak Polskie Koleje Państwowe. Czynię to tego lata już po raz drugi - poprzednio dowodziłem, że są w Europie głupsze koleje, dziś zaś - o cenach.
Prawda to, że PKP bezwstydnie przydaje pociągom pędzącym 60 km/h miano IC Lub Ex i pobiera "stosowne" opłaty za przejazd. Prawda to, że nic się nie zmienia nawet, gdy z powodu powszechnych remontów czy szkód na torach prędkość podróżna spada do 40 km/h. Tak jest na trasach z Warszawy do Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania, Szczecina, Gdańska. Dominują tam pociągi z najwyższej strefy taryfowej, rzadko trafi się jakiś IR czy TLK, zaś pospieszne... cóż, 6 godzin do Krakowa, dziewięć do Szczecina.
Ale są wyjątki. Trzy istotne wyjątki: Białystok, Lublin i Łódź. Do miast tych PKP oferuje połączenia wyłącznie lub niemal wyłącznie we względnie taniej taryfie pospiesznej, choć prędkości podróżne nie są gorsze niż w przypadku niejednego IC: 80 km/h ze Wschodniej do Białegostoku, 70 - do Lublina, niemal 90 - z Centralnej do Łodzi. Gdyby nie ta ostatnia, można by to nazwać Polityką Wschodnią PKP. Lub jak kto woli - Kresową.
Inne tematy w dziale Technologie