Bylismy na Teide. Przy dolnej stacji kolejki, na wysokosci 2350 m, zostawilismy dlugie spodnie i bluzy w samnochodzie, bo bylo +28 C. Kartka przy kasie glosila, ze na gorze (3550 m) jest 8 stopni, wiatr 70 km/h i temperatura odczuwalna: -2 stopnie - ale nie uwierzylismy. I slusznie, bo bylo akurat na stroje paraplazowe.
Malo jednak brakowalo, bysmy na gore nie wjechali. Inna kartka przy kasie glosila bowiem, ze chwilowo brak polaczenia, wiec nie przyjmuja kart - tylko gotowka. Porachowalismy drobniaki - brakowalo 17 euro... W sklepiku obok karty dzialaly jak trzeba, ale sprzedawca zapieral sie, ze nie wie, co to takiego cash back.
Najblizszy bankomat - 45 minut jazdy w jedna strone. W koncu zaczalem gadac z jakims czekajacym w dlugiej kolejce do kasy Polakiem pytajac, czy przypadkiem nie ma nadmiaru gotowki i czy mu sie zlotowki nie przydadza, bo troche przy sobie mialem. Pan wyznal najpierw, ze w zasadzie to na Teneryfie mieszka i do Polski jezdzi rzadko, ale wlasciwie moze mi pomoc, tylko nie wie, jaki teraz jest kurs.
Wspomnialem, ze gdy w poniedzialek siedzialem na necie, bylo 3.75 za euro. Pan dobyl komorki i dlugo cos sprawdzal, po czym oznajmil: - Pan mi da 250 zl, a ja dam za to 50 euro. Moze mi sie te zlotowki przydadza, jak ktos bedzie jechal.
Zgrabnie udalem zadowolenie, dokonalismy transakcji i udalo nam sie skorzystac z przejazdzki szwajcarskim produktem na najwyzszy szczyt Hiszpanii. Polak potrafi.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)