Nadchodzi straszny tydzień, więc dla odprężenia znów poszedłem do kina. Za radą mej córy na Evana Wszechmogącego. Namawiać mnie specjalnie nie musiała: widziałem teasery, wydawały się dość zachęcające. I zachęcały do myślenia: o co może chodzić?
Widziałeś teasery? Zgadywałeś, jaka może być fabuła filmu, w którym jakiś Amerykanin zabiera się za budowę arki? Ja próbowałem, bez skutku. Podczas filmu też! Jeszcze 10 minut przed końcem zachodziłem w głowę, jak scenarzysta to wszystko wytłumaczy.
Ten brak wiedzy nie doskwiera podczas filmu. Zabawnych chwil jest sporo, niektóre to humor grany na całkiem miłej mi nucie. Zwłaszcza te w polskiej wersji zgubione, a trwające pół sekundy, jak identyfikator kelnera w fastfoodzie. Jak mu było? Al jaki? Ach, wiem. Mighty. Al Mighty. Dla rozumienia akcji to zresztą bez znaczenia.
Tak, to komedia bez większych ambicji. Ale z finałem na tyle zabawnym, że wybaczysz nawet ten straszny amerykański dydaktyzm. Zresztą, przesłanie dla chcących zmieniać świat: czyń małe akty dobroci - bardzo mi odpowiada. A jeśli wymagasz więcej, idź na ten film tylko dla drugoplanowej roli Morgana Freemana. Warto.
Moja ocena: 6/10 (słownie: strasznie głupie, ale nie żałuję ani sekundy). Ocena mojej kochanej K.: 4/10 (słownie: głupie, ale cieszę się, że byliśmy razem w kinie).
♦ Evan Almighty, reżyseria: Tom Shadyac, USA 2006.
PS. Tylko dlaczego tytułowy bohater wciąż mi się kojarzył z Antonim Macierewiczem?



Komentarze
Pokaż komentarze (10)