Dziś rano wznowiłem salonowy spór o JOWy, skłaniając się ku tezie, że spróbować nie zaszkodzi. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na istotną groźbę, jaką niosłyby dziś JOWy w Polsce. Podkreślam: nie chodzi o cechę ordynacji większościowej jako takiej, lecz problem, który mógłby z niej wyniknąć tu i teraz.
Załóżmy, że PiS i PO wprowadzą JOWy i w ten sposób wybierzemy Sejm VII kadencji. Załóżmy, że przyniesie to skutek, jakiego zwolennicy JOWów oczekują: posłami będą ludzie nie utożsamiający się z partiami, lecz reprezentujący lokalne społeczności.
Tworzenie rządu mogłoby wyglądać zabawnie, ale mniejsza z tym. Co z legislacją? Jak posłowie, zapewne w większości amatorzy bez doświadczenia parlamentarnego, mieliby stanowić prawo? Powiecie - inicjatywę legislacyjną ma mieć rząd i tylko on. OK - ale jak posłowie ocenią projekty? W dzisiejszych warunkach to niemożliwe.
Zwłaszcza w razie wprowadzenia JOWów konieczne byłoby coś, o co apeluję od lat: znaczna podwyżka budżetów poselskich. Nawet do miliona złotych rocznie na głowę, by mogli zlecać ekspertyzy, a w grupach - zatrudniać stałych ekspertów.
Alternatywa to przeznaczenie części tych pieniędzy na stworzenie naprawdę silnego i niezależnego biura legislacyjnego w Sejmie (i w rządzie, niezależnie od ordynacji). To biuro istnieje i za pieniądze, które ma, robi wręcz cuda, ale i cuda mają granice.
Zapytacie: czy zatem dziś jest lepiej, i dlaczego? Otóż moim zdaniem jest, bo główne partie maja mniej lub bardziej formalne zaplecze prawne, które jest w stanie wychwycić choć część błędów i pułapek w projektach ustaw.
Z parlamentu wychodzi wiele bubli. Ale gdy zabraknie tego ułomnego, partyjnego sita legislacyjnego, bubli będzie jeszcze więcej. Bez rozwiązania tych kwestii JOWy groziłyby dziś lobbyingiem legislacyjnym, jakiego jeszcze w Polsce nie było.



Komentarze
Pokaż komentarze (99)