Wbrew ostrzeżeniom, by już nie pisać o Rokicie, zaryzykuję. Podwójnie - narażając się na gniew salonowiczów i Jana Rokity, bo chcę zakwestionować część jego słów. Nie napisałem wcześniej, bo po bolesnym dotrwaniu na prochach do końca wczorajszego dyżuru lajfowego padłem spać. Obudziłem się o północy, usłyszałem, co zaszło, zamiast jednak włączyć komputer przewróciłem się na drugi bok. Nie jestem uzależniony.
Po nominacji Nelly Rokity mówiłem w TVP3, że to tylko nieco komplikuje i tak jakże trudną sytuację Janka. Jego publiczne słowa o układzie krakowskim dowiodły, że wbrew oficjalnym zapewnieniom liderów PO rozmowy o krakowskiej liście wyborczej są w pełnym impasie. Te słowa musiały zaszkodzić notowaniom PO, może nawet na równi z późniejszą rezygnacją Janka z kandydowania.
Były to słowa ewidentnie nielojalne wobec PO i świadczące, że nerwy Rokity napięte są do granic - o czym mogłem przekonać się dwa dni wcześniej widząc relacje Janka z najbliższymi współpracownikami. Jana Rokitę ceniłem, cenię i cenić nie przestanę - ale nie jest on niewinną ofiarą knowań dworu Donalda Tuska (jakże głupie słowa Nelly Rokity), ani Lecha Kaczyńskiego. Zagrał va banque i przegrał z równymi sobie.
O prezydencie rzec można tylko jedno: zagrał sprytnie, choć naraził się na oczywisty zarzut, że wybierając doradców kieruje się nie kompetencjami, lecz chęcią pstryknięcia przeciwników brata. A Jarosławi Kaczyński i jego kuszenie Rokity? Dopiero co triumfował, że PO nie ma dobrych ludzi, więc sięga do PiSu (Radek Sikorski).
To chyba tyle o piątkowej Rokitoszadzie. Resztę powiedzieli już inni.



Komentarze
Pokaż komentarze (72)