Spóźniłem się na spektakl, bo zamarudziłem przy dziennikarskim stoliku. Spędziłem dziś przy nim sporo czasu, wściekły jak nutria, bo mi się konfiguracja WiFi posypała, trudno zaś wytrzymać w tych czasach w Sejmie bez netu pod ręką.
Spóźniony parę minut wszedłem do sali 106. Dziennikarze i fotoreorterzy mieli wypieki. Na twarzach. Andrzej Lepper też. Mateusz Piskorski takoż. A Piotr Ikonowicz... Ikonowicz przemawiał. Jak to on. Jakby był na wiecu, a nie na briefingu.
Trochę sympatii zawsze dla niego miałem, bo się na KC wspinał nieźle i bywa całkiem sympatyczny, gdyby nie te poglądy. Podszedłem bliżej. Ikonowicz napotkał mój wzrok i wstał. Odebrał swe dziecko Lepperowi, który je dotąd dzierżył, i przemawiał dalej. Krzyczał. Agitował. Zmieniał wątki. Rozpalał. Bachorek zaczął piszczeć, więc nagle Ikonowicz oddał go mamie, i ciągnął przemowę.
Okazja była taka, że Piotr Ikonowicz został numerem 1 na liście SO w Warszawie. Skończył, a czy to Piskorski, czy Lepper poprosił o pytania. Oo, tak! Miałem jedno i chciałem znać odpowiedź zaraz. - Piotrusiu, przepraszam za małe spóźnienie, czy wcześniej w tej sali padł już okrzyk "Piotrek, bój się Boga!"?
Cenię go, bo potrafi być konkretny. - Nie, jeszcze nie, ale rozumiem, że wzniosłeś ten okrzyk - odparł. - Skąd, ja tylko pytam - wyjaśniłem. - Wszyscy boimy się Boga, nawet Jarosław Kaczyński. - wtrącił Lepper. Rozległ się lekki chichot.



Komentarze
Pokaż komentarze (48)