Dziwi mnie spór o misję OBWE. Nie dlatego, że się toczy, lecz z powodu temperatury. Można by pomyśleć, że chodzi co najmniej o niepodległość. Dziś wszakże postawa obu stron wydaje mi się zupełnie zrozumiała i usprawiedliwiona.
Rzecz zaistniała w mej świadomości po słynnej wypowiedzi Vaclava Havla. Wówczas były prezydent mnie nieco zniesmaczył. Pomyślałem, że nie ufa komuś, kto wprawdzie z opozycji przedsierpniowej się wywodzi, ale na Śnieżce się z nim nie spotykał. Niechęć do wypraw w Karkonosze okazała się w otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego trwała, ale to nie powód, by nas obrażać. Tak, pomyślałem sobie: obrażać.
Co wiedziałem o misjach obserwacyjnych? Pewnie tyle, co większość z nas. Z mediów i blogów, jak ten Rysia Czarneckiego, czy z opowieści znajomych. Kojarzyły mi się z Kongiem, Birmą, Białorusią. Polska w tym towarzystwie wydawała się dysonansem.
Rychło dotarło do mnie, że jest inaczej, że cywilizowany świat polityczny uważa takie misje za normalność. Dziś więc sądzę, że należy OBWE zaprosić i korona z głowy orła nie spadnie. Ale wciąz jestem daleki od potępienia tych, którzy protestują.
Wszak zapewne większość nie tylko Polaków, ale i społeczeństw zachodnich kojarzy zagraniczne misje obserwacyjne tak, jak ja do niedawna: widzi w nich sygnał, że jest powód do obaw o uczciwość procedury wyborczej, groźba matactw. Mało kto zaś, na Zachodzie zwłaszcza, wie, że żadna poważna siła opozycyjna w Polsce nie widzi takich zagrożeń. Publiczne ponaglenia z zewnątrz są więc swoistym nietaktem.
Wpuśćmy zatem misję i nie marudźmy - po prostu nie zwracajmy na nią uwagi, skoro to normalność, demokratyczna codzienność, choć widocznie zbędna w 1991, 1993, 1997, 2001, 2005. Dajmy tylko do zrozumienia, że nawet jeśli polskie protesty były niepotrzebne, to były też zrozumiałe, bo nikt nie lubi być pouczany.



Komentarze
Pokaż komentarze (99)