Jak większość demokracji, Polska wybiera Sejm proporcjojnalnie. Tak każe art. 96.2 Konstytucji. Czyli, jak większość demokracji, głosujemy na listy partyjne i udajemy, że mandaty dzielimy proporcjonalnie do rozkładu głosów w wyborach. Ordynacja tę proporcję może psuć lepiej lub gorzej. Oto podstawowe metody:
1. Próg wyborczy, stosowany niemal wszędzie. W Polsce 5% dla partii, 8% dla koalicji - mało nas wyróżnia. Kto go nie osiągnie, odpada, a silniejsi na tym zyskują.
2. Sposób przeliczania głosów na mandaty. W świecie znane są i stosowane metody: Hare-Niemeyera - najbliższa proporcjonalności; St. Lague - nieco faworyzuje silnych; d'Hondta - znacząco faworyzuje silnych. Polska stosuje obecnie tę ostatnią.
3. Rozmiar okręgów wyborczych, w których dzieli się mandaty. Im większy okręg, tym mniejsze zniekształcenie proporcji. Polska stosuje okręgi od 8 do 19 mandatów.
Podsumowanie: najbliższą proporcjonalności jest ordynacja niemiecka. Dzieli mandaty metodą Hare-Niemeyera w największym możliwym okręgu - w całym kraju. W skali od 0 (JOWy) do 10 (Niemcy) Polska miałaby dziś za proporcjonalność jakieś 3-4 punkty.
Posłowie: w tym poście nie wartościuję, stwierdzam fakty. W ślad za postem o jednej z pułapek ordynacji zaczynam serię tekstów i debat o tym, jak jeść zasady wyborcze.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)