O gospodarce w kampanii niewiele. PiS dzielnie przypisuje sobie wzrost PKB ostatnich dwóch lat, reszta raczej milczy. Inflacja zaistniała jako temat dopiero w debacie JK&T, za sprawą niezbyt precyzyjnych uwag szefa PO i nieudolnej obrony premiera.
W mediach też zresztą dość cicho. Owszem, dane za wrzesień są komentowane jako normalny efekt sezonowego wzrostu (lub raczej: powrotu do normy) cen warzyw. Ja zaś widzę, że coś dziwnego i strasznego dzieje się z nabiałem, a wszyscy milczą!
Nie będę udawał, że obserwuję cały rynek od producenta poprzez hurt do detalu. Mój punkt odniesienia to ceny w paru pobliskich hipermarketach, w których robię zakupy. Ceny te śledzę jednak pilnie, bo mleko to od dziecka po dziś dzień napój mego życia, twarogi uwielbiam, a i w wielu innych serach gustuję, choć nie powinienem.
Jeszcze w sierpniu najtańszy ser żółty kosztował 12-13 zł za kilogram, a bywał nawet w promocjach po 10.99 zł. Litr najtańszego mleka chudego, 6 miesięcy UHT, był do dostania poniżej 1.50 zł, czasem nawet poniżej 1.40 zł. Dziś, zaledwie dwa miesiące później, nie ma sera poniżej 18 zł/kg ani mleka tańszego niż 1.80-1.90 zł/litr.
Łatwo policzyć, że wzrost ceny najtańszego zółtego sera to ponad 50%, a mleka - ponad 30% w dwa miesiące! Jest jakaś rynkowa przyczyna, w Polsce, w UE czy gdziekolwiek, która by to uzasadniała? Czy może krowy przeciw Kaczorom strajkują?



Komentarze
Pokaż komentarze (21)