Są rzeczy, którymi się brzydzę. Należy do nich mieszanie rodziny do polemik, zwłaszcza politycznych. Wypominanie dziadka Tuskowi czy sugestie o niejasnym pochodzeniu majątku ojca braci Kaczyńskich - wszystko jedno.
Pod moim postem w mrowisko CBA mój stały polemista dopuścił się rzeczy podobnej, choć w znacznie skromniejszej skali. Najpierw ogłoszę, że jego polemiki bardzo wysoko sobie cenię, choć nie zawsze są merytoryczne. Dlatego tym razem zabiorę głos, choć nie jest to pierwszy wypadek użycia mego Ojca przeciwko mnie.
Kismet, bo o nim mowa, długo wzbraniał się przed sprecyzowaniem, co miał na myśli pisząc I to jeszcze napisal syn Kazimierza Leskiego :-( Koniec swiata bliski. Po dwóch godzinach wyjaśnił: Jest pewna ilosc osob, ktore podziwiam a panski ojciec do nich nalezy (...) [a] świat schodzi na psy.
Gdy w zimie lajfowałem pod siedzibą Prymasa Polski w dniu niedoszłego ingresu abp. Wielgusa, a wysłanniczki Radia Maryja szturchały mnie parasolkami, kilka z nich również krzyczało: Syn takiego wspaniałego ojca, a jak się sk*.*...
Może więc w końcu napiszę publicznie, że: 1. Kazimierza Leskiego bardzo szanuję i nie potępiam za nic - burzliwe dzieje niemal uniemożliwiły mu poznanie normalnego życia; 2. Jego życiorys, zwłaszcza lata 1939-1955, uważam za bohaterski i przy tym tak atrakcyjny, że dziw, iż nikt dotąd nie zrobił z tego filmu fabularnego...
3. Jednak w sferze rodzinnej rzecz wygląda tak, iż moja Mateczka długo musiała prosić, aby zechciał się ze mną spotkać. W końcu to uczynił. Po raz pierwszy zobaczył mnie, a ja jego, w roku 1978. Miałem 19 lat. Więc nie winćie Go za mnie, a mnie za Niego.



Komentarze
Pokaż komentarze (33)