Minęło ponad 30 godzin, odkąd lubiany i ceniony przeze mnie Janek Pospieszalski zadał mi publicznie serię pytań. Po części absurdalnych, w komplecie zaś kierowanych nie do mnie. Wywołał mnie jednak po nazwisku w tytule postu, więc napisałem komentarz, a potem próbowałem mu na ten post i na jego pytania w dobrej wierze odpowiedzieć.
Oczywiście wywołałem kolejne piekiełko, bo zwolennicy PiSu jęli mnie strofować, gdy w ich mniemaniu odpowiadałem nie dość precyzyjnie, gdy pomijałem oczywiste fakty mające świadczyć, że to Janek ma rację itp. itd. Podjąłem z nimi dyskusję, doczekałem się - tradycyjnie - serii epitetów, a warto podkreślić, że część krytykantów czepiała się nie strony merytorycznej, lecz mojej jakoby niedostatecznej woli rozmawiania.
Pies z kulawą nogą nie zauważył, że Janek sprawę olał. Zadał mi publicznie te pytania, wywołał mnie po nazwisku - nie po to, by podjąć ze mną jakąkolwiek rozmowę. Post swój powiesił i odtąd ani słowem się już na ten temat nie odezwał. Ani na swoim blogu, ani na moim. Dziś wrzucił nowy post, o czymś zupełnie innym.
Ciekaw jestem, czy ci, którzy tak twórczo rozwijali u mnie myśli Janka, mają cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie: czy gdy Kali pytać, to dobry uczynek...
PS. Godz. 20.10 - jest następny post Janka, znów z z moim nazwiskiem we wstępie: Przed dwoma dniami zadawałem Krzysiowi Leskiemu pytania. Do dziś wiemy troche wiecej ale zasadnicze odpowiedzi nie padły. I tyle.




Komentarze
Pokaż komentarze (24)