Zastanawiam się, jak to możliwe, że Szwajcaria jeszcze istnieje - że się tam wszyscy już dawno nie pozabijali. Ale żyją i mają się nieźle. Tego pytania najwyraźniej nie zadali sobie autorzy badania, o którym donosi dziś Reuter.
Otóż okazuje się, że wybory prezydenckie w USA zwiększają zagrożenie wypadkami drogowymi. Panowie Donald Redelmeier z Uniwersytetu w Toronto (doktor nauk) i Robert Tibshirani ze Stanford (bez tytułu) zebrali i zbadali policyjne statystyki z ośmiu wyborczych wtorków od 1976, gdy wygrał Jimmy Carter, do 2004, kiedy to George W. Bush zapewnił sobie drugą kadencję. Dane te porównali z wtorkami tydzień przed i tydzień po wyborach - w sumie uwzględnili takich wtorków 16.
Operacje dodawania i dzielenia pozwoliły im ustalić, że we wtorki wyborcze zginęło w sumie 1265 osób (kierowcy, pasażerowie i piesi), co daje średnią 158 na jeden wtorek. Natomiast w przed- i powyborcze wtorki ofiar śmiertelnych było 2152, co oznacza "tylko" 134 dziennie. Opierając się już tylko na intuicji (na dalsze badania zabrakło zapewne funduszy) obaj panowie twierdzą, że podobna zależność powinna dotyczyć mniej groźnych wypadków i liczby rannych. Co zaś najważniejsze - dowodzą, iż wzrost wypadków jest ponadpartyjny, bo nie zależy od tego, czy dany wtorek był dniem triumfu demokraty, czy republikanina.
Biedna Szwajcaria głosuje niemal bez przerwy. Jak nie w Zurichu, to w Bernie. Tej niedzieli dwa kantony decydowały, czy zbanować palaczy ze świeżego powietrza. Otwieram dyskusję: dlaczego Szwajcarzy jeszcze żyją?



Komentarze
Pokaż komentarze (33)