Wiem, że mamy kryzys finansowy, ale nie chodzi mi o obligacje. Ani o wyścigi konne. Chodzi o nasze dzieci. Bo wszystkie dzieci są nasze, choć moje debiut szkolny mają już dawno za sobą.
W zeszłym tygodniu zdawało mi się, że PiS zmienia zdanie. Partia, której rząd dwa lata temu proponował wysłanie do szkoły już pięciolatków (nie zdążył przesłać sejmowi projektu) - oprotestowała plany PO, by obowiązek szkolny objął dzieci sześcioletnie.
Kuluarowe komentarze były jednak ogólnikowe. Dziś w krótkiej dyskusji w Sejmie (było to, jak zwykle, szczekanie w ramach pytań poselskich) wszystko stało się jasne: ten parlament każe uczyć maluchy. Może nawet jednogłośnie.
PiS bowiem oświadczyło, że samej idei nie jest przeciwne - boi się tylko, że szkoły nie są przygotowane. Pani minister edukacji odparła, że obecny niż demograficzny to najlepsza chwila, by sześciolatki posłać do I klasy, a 5-latki objąć obowiązkiem przedszkolnym. Zrazu ma to być opcja, od zaś roku 2010/2011 - wymóg prawny.
Dogadają się. Opóźnią kalendarz może o rok. Nasze dzisiejsze trzylatki za trzy lata będą uczniami, dwulatki będą miały zaś w przedszkolach regularne lekcje. Jasne, po co dzieciom dzieciństwo? Z punktu widzenia potrzeb państwa to czysta strata czasu.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)