Dzięki zaangażowanej polityce kolejnych rządów RP mamy coraz lepsze drogi, co doskonale widać na gierkówce. Przed 30 laty na trasie z W-wy do Katowic było może pięć skrzyżowań ze światłami, z czego większość w Częstochowie. Dziś jest ze 30, a może 40, co wspaniale poprawia komfort jazdy, płynność ruchu, zużycie paliwa itd.
Z drugiej strony - to wciąż nie tragedia: średnio światła są co 7 do10 km. Rozumiem doskonale, że kraju naszego na skrzyżowania dwupoziomowe nie stać. Gdybym jechał sam, straciłbtm na światłach 10-15 minut.
Mniej więcej tak było, gdy nocą z piątku na sobotę jechaliśmy do Katowic na wesele. Wracając w niedzielę po południu w kółko grzęzłem w sznurze aut ruszających ze świateł. A ruszać polscy kierowcy nie potrafią.
Na trasie jest tyle ograniczeń do 70 (czyli do 87), że nie chce mi się jechać szybciej niż 97-105. Większość usiłuje jechać 120-130. Wygląda to tak, że na trasie wyprzedza mnie passat, bo dawno nie było świateł. Ale oto są: stoimy. Ruszamy. Passat reaguje z opóźnieniem sekundy i zaczyna się toczyć ruchem jednostajnie i leciutko przyspieszonym.
Wyprzedam go, zwykle z prawej, osiągam swoją prędkość i śledzę jego poczynania w lusterku. Po kilometrze ma jakieś 85 km/h i jest 200 m za mną. Po dwóch kilometrach ma 110 i zaczyna się zbliżać. Po 3 km ma 130 i mnie wyprzedza. Przed nami kolejne światła.
Tak jeżdżą niemal wszyscy. Nikt nie rusza dynamicznie, mało kto próbuje utrzymywać stałą prędkość. Wszyscy tracą czas, marnują paliwo i nerwy. Polskie drogi, polscy kierowcy, polskie piekiełko.




Komentarze
Pokaż komentarze (10)