Napakowałem się gripexem i chciałem coś skrobnąć o wyroku Trybunału. Wyrok jak wyrok, ale wraz z uzasadnieniem - palce lizać. Ale tej nocy nie napiszę, za co wyłączną odpowiedzialnością obciążyć muszę wicepremiera Romana G.
Wpadł on na pomysł, by swe plany przedstawić w Gdańsku o 14.45. Zaś o 15.30 Trybunał miał wyrokować. Mój zakład pracy założył (słusznie - wszak nie można było tego wykluczyć), że Giertych będzie mówił króciutko. Polecił mi zatem, bym ewentualną lukę na antenie między wicepremierem a wyrokiem wypełnił lajfem.
Stałem tedy pół godziny przed kamerą w ogródku Trybunału, w pełnej gotowości czyli z gołą głową, siwy zaś śnieg osiadał na moich siwych włosach. O 15.30 wicepremier wciąż mówił, antena bez mego przerywnika przerzuciła się na Trybunał, a ja poczułem, że mnie w końcu wzięło. No wiem, delikaciki z tych żurnalistów. Ale zamiast pojechać do domu, wieczorem musiałem jeszcze moderować dyskusję czworga zapaleńców o programie, a jakże, Romana G.
Pani moja oddaliła się czasowo z miasta, dzieci miały swoje sprawy, a potem poszły spać, więc nie miał się kto mną zaopiekować. No wiem, delikaciki z tych facetów. Siadłem do kompa, ale żaden wstęp do tekściku o Trybunale nie przychodził mi do łba. Po tym łbie moim biednym kołatał się tylko, bardzo uparcie, choć bez widocznego powodu, fragment pewnej patriotycznej pieśni sprzed lat:
Wpadła mi do sedesu odznaka ZeteMeSu (3x) / Albo i nie wpadła
Potem była odznaka Komsomołu, co wpadła do rosołu, a dalej nie pamiętam.
Rymowanka nie nadawała się na początek błyskotliwego tekściku o Trybunale, ani nawet na początek jakiegokolwiek tekściku o czymkolwiek. Jąłem więc rozmyślać nad usprawiedliwieniem, czemu nic nie napisałem. Ale przyszło mi do łba jedynie powiedzenie sprzed lat, gdy jako człowiek w wieku minimalnie ponadgimnazjalnym jeździłem z kumplami i kumpelami do Dębek. Tam nocą na wydmach spożywaliśmy ograniczone ilości piwa, po czym stawaliśmy przed problemem powrotu na pole namiotowe i recytowaliśmy:
Kiedy nie szło iść, szło się czołgać, ale za daleko.
To nie nadawało się dziś na usprawiedliwienie. W odruchu rozpaczy zacząłem pisać po blogowemu, jak było, po kolei - gdy nagle poczułem, że zaczynam się zachowywać jak gangster Krakowiak, któremu sąd odczytuje wyrok.
To ja już może na dziś skończę i wezmę jeszcze dwa gripexy.
PS. W ramach najpilniejszych remanentów informuję:
- Bernarda , że wystąpiłem do IPN o status pokrzywdzonego. Nie miałem wyboru - rankiem w dniu, w którym IPN zaczął przyjmować takie wnioski, zjawiłem się tam służbowo, jako reporter BBC. Myślałem, że będzie kolejka i nagram czekających w kolejce. Ale godzinę przed otwarciem biura kolejki nie było i w ogóle nie było nikogo. Wkrótce za to zjawiili się inni dziennkarze także licząc, że będzie kolejka. Po krótkiej dyskusji uznaliśmy, że spełniam warunki, by tę kolejkę utworzyć. Złożyłbym może nawet wniosek nr 1 w Polsce, ale w chwili otwarcia biura zjawił się Seweryn Jaworski, któremu naturalnie ustąpiłem pierwszeństwa. Po roku z hakiem dostałem z IPN status pokrzywdzonego i swoją teczkę. Kolejny mój wniosek, o rozszyfrowanie pseudonimu TW, który na mnie donosił, czeka od jakichś 4 lat na realizację;
- Venissę, że zielony stół jest równie okropny jak zielone szklanki. Całość wygląda jak szaleństwo scenarzysty z lat 70., który tworzy na użytek kiepskiego filmu wizję mieszkania przyszłości. Ale - co kto lubi...;
- Ponownie Venissę, że jakoś nie bardzo wiem, jakie wątki z "Zera T." mam pociągnąć, bo program chyba niespecjalnie się udał, prócz pana profesora, oczywiście.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)