Konrad Kornatowski nie jest człowiekiem z mojej bajki. Ten post nie będzie o nim, bo też nie odważyłbym się osądzić dziś, bez dokumentów - a nawet i z nimi - jak było 30 lat temu, co zdarzyło się w komisariacie i później. Powiem tylko tyle, że dla rządu i PiS byłoby chyba lepiej, gdyby pan komendant przestał być panem komendantem.
Dziś zadziwili mnie Jarosław Kaczyński i Jan Rokita. Ten pierwszy nieco mniej, bo wszak rozumiem, że chciał być ostrożny. Oświadczył, że sprawę zgonu aresztanta w 1986 umorzono stwierdzając zawał serca, a on sprawy nie pamięta, choć z racji pracy w Komitecie Helsińskim pamiętać powinien, gdyby były podejrzenia, że to mord MO.
Nie wątpię, że ani wtedy, ani przez listopadem 2005 premier nigdy by nie mówił o umorzeniu w PRL śledztwa w sprawie śmierci aresztanta, jakby mowa była o decyzji wydanej przez służby demokratycznego państwa prawa. Ale dziś premier, zamiast po ludzku powiedzieć: sprawdzimy - usztywnia się wobec ataku na rząd.
A Rokita dziś o Kornatowskim: jeden z najbardziej nikczemnych prokuratorów. Skąd ta pewność? Czy tak świetnie pamięta ten przypadek? Zajrzał do dokumentów źródłowych, które przypadkiem miał przy sobie? Czy zakłada, że w raporcie z 1991, tak jak zawsze, był nieomylny i komuż ma ufać, jeśli nie sobie?
Może jest gorzej - może Rokita, czując się w PO coraz słabiej, chciał podświadomie lub świadomie pokazać swoim: nie wyrzucajcie mnie, kto tak jak ja dołoży PiSowi?
Punkt widzenia zależy od punktu siedzienia. Kto to powiedział? Już nie pomnę. Ale brak w tym powiedzeniu czynnika czasu. To, co mówią, zależy od tego, gdzie akurat siedzą, i kiedy to mówią. I czemuż się dziwię? Wszak to jedna z podstawowych zasad wynikających z warsztatuihistoryka. I dziennikarza.



Komentarze
Pokaż komentarze (72)