Zadziornemu_mietkowi dedykuję
- Ależ proszę, drogi kolego, jestem u siebie, czekam.
Wysoki komisarz odłożył słuchawkę i wlepił wzrok w stojącą na biurku butelkę po rumie Baccardi. W środku prężył żagle mikroskopijny trójmasztowiec, prezent od syna, ale to nie dlatego komisarz zawsze uśmiechał się błogo na widok tej butelki.
To było tyle lat temu... Lipiec, tuż po ukończeniu Sorbony, cicha (wtedy jeszcze) plaża w Puerto Alcudia. Ciepła woda i piasek, zachodzące słońce, i one dwie. Butelka rumu Baccardi oraz Marlene. Marlene miała 22 lata, piękny uśmiech i nazwisko kończące się na -mann, bo pochodziła z małej wioski pod Strasburgiem i twierdziła, że jest raczej Niemką niż Francuzką. Na szczęście po francusku mówiła świetnie (Wysoki Komisarz nigdy nie znał innych języków), no i była taka cudownie proeuropejska...
Rozmawiali o historii Europy i geografii nieba, o rozszerzeniu beneluxowskiej swobody podróżowania na całą Europę i o miłości. Jej mała dłoń spoczęła nagle w dłoni Wysokiego Komisarza (jeszcze wtedy nie był Wysokim Komisarzem). To była cudowna noc, choć szczerze mówiąc Wysoki Komisarz nie pamiętał, co działo się dalej, dlaczego obudził się rano na plaży Cala Morell w samych gaciach, bez dokumentów, pieniędzy i butelki rumu, ani jak po pijaku przedostał się z Majorki na Minorkę.
Wysoki komisarz ocknął się: ktoś zapukał. Czego ten Holender może ode mnie chcieć? Czym to on się zajmuje? Zaraz... do spraw Zapewnienia Komfortu Pracy Personelowi Latającemu. Tak, tak to chyba idzie. - Proszę wejść!
- Witam kolegę komisarza. Jak zdrowie? Nerki w porządku?
W kilka minut uporali się z rutynową porcją wymiany poglądów o pogodzie, jakości jedzenia w kantynie i obyczajach nowych komisarzy. Holender przeszedł do rzeczy.
- Jest kłopot z tymi waszymi łódkami. Za dużo ich pływa.
Wysoki komisarz wetschnął na samo wspomnienie dnia, gdy musiał zakazać żeglugi towarowej i promowej na Bałtyku i części Morza Północnego, by zapewnić bezpieczeństwo łódkom i stateczkom spacerowym. Dwa lata wcześniej, ratując ryby, Unia odeszła od zasady dobrowolnego złomowania kutrów. Wszystkim właścicielom nawet najmniejszych łódek rybackich wypłaciła odszkodowania w zamian za rezygnację z połowów. Większość wprawiła szklane dna, kupiła automaty z napojami i batonikami i zasiliła branżę turystyczną, w której nie ma ograniczeń.
- Jesteście komisarzem od łódek czy nie? - zniecierpliwił się Holender.
- Gospodarki morskiej, a nie łódek... A co, za dużo ich pływa?
Musieli przerwać na chwilę, bo rozmowę zagłuszył krzyk z sąsiedniego gabinetu. Za cienką ścianką z płyty wiórowej Wysoka Komisarka do spraw technicznej edukacji młodzieży wrzeszczała do słuchawki, że jej lecteur-graveur CéDé jest od wczoraj en panne i tak się nie da pracować. Jej wściekłość budziła głównie nie awaria czytnika, lecz technik po drugiej stronie słuchawki, który udawał, że nie rozumie po francusku.
- Piloci skarżą się, że na wodzie nie ma miejsca - wyjaśnił Holender, gdy pożegnawszy się czułym Oh, je vous en merde! komisarka przestała krzyczeć. - W razie awarii nie mogą znaleźć miejsca, by wpaść do wody nie powodując dodatkowych ofiar wśród pasażerów łódek.
Wysoki komisarz zasępił się. Zrozumiał, że to nie żarty: trzeba coś zrobić, by nie łamać dyrektywy, która legła u podstaw stworzenia stanowiska zajmowanego teraz przez Holendra. Z pilotami trzeba się liczyć, bo otwarte niebo i tak dalej... Przez dwadzieścia lat wpakowaliśmy w tych rybaków już piętnaście miliardów euro. I okazuje się, że to nie koniec, pomyślał.
- Niech je zacumują na stałe i przerobią na restauracje - Holender jakby czytał mu w myślach. - Każdy dostanie po sto tysięcy, będą siedzieć cicho. A jakby któryś koniecznie chciał pływać, to na Seszele z nim.
Seszele były najmłodszym członkiem Unii Europejskiej, z długim okresem przejściowym na wprowadzenie unijnej polityki rybnej. Tam jeszcze wolno nawet łowić - co gwarantuje trwałość posady Wysokiego Komisarza - i samoloty mają gdzie wpadać.
Zamkniemy się w dziesięciu miliardach, mruknął cicho Wysoki komisarz, a na myśl o tylu nowych knajpkach pociekła mu ślinka. A propos, dochodziła trzecia - czas na obiad i do domu. Na kolejną turę rozmów umówili się za miesiąc.
Gdy wychodzili, z sąsiedniego gabinetu wychynął Wysoki Komisarz ds. Zapobiegania Nadmiernej Konkurencji na Rynku Żywienia Zbiorowego. Patrzył jakoś dziwnie, burknął Salut i poszedł. Czyżby podsłuchiwał?!
PS. Ten post powstał na wyraźną prośbę zadziornego_mietka, który zadał, bym napisał o gospodarce morskiej, choć się na niej znam niespecjalnie. Przy okazji zapewniam, że nie jestem eurosceptykiem.



Komentarze
Pokaż komentarze (39)