Od dwóch godzin moja kochana K. obchodzi urodziny. Imprezka wieczorem, ale były już życzenia. No i kiepsko jest, bo z prezentami mi jakby nie wyszło. Nie było aż tak źle, jak wtedy, ale niewiele lepiej. Prezent nr 1 przyszedł pocztą już tydzień temu, a jego rozmiary nie pozwalały niczego ukryć. A dzieciom spodobał się bardziej niż K., no i taki nieznośnie praktyczny był (nie, nie żaden tam mikser).
A prezent nr 2 mi po łbie chodził i... nie wyszedł. I już. Trochę się zrobiło nieradośnie. Nieurodziurodzinowo. Nieprzyjemnie nawet. W ogóle trudny to dla mnie czas, bo za dwa tygodnie urodziny Basi (kup coś człowieku nastolatce), a za miesiąc - Tadzia (ja chcę to, i to, i tamto, i to, oraz to). Nie ma w rodzinie tolerancji dla błędów.
PS. A prezent gwiazdkowy to dostałam w marcu, skomentowała K. Chcecie, to sprawdźcie, kiedy tak naprawdę przyszedł - tu jest napisane. Jak wół. Oto jak rodzą się legendy...
PS2. OK, zawarliśmy rozejm lub wręcz pokój. Rozpijamy piffko. Przygrywka przed wieczorem :) To znaczy, siostra K. ze mną rozpija piffko, bo moją kochaną K. boli gardło. Do wieczora przejdzie :)



Komentarze
Pokaż komentarze (18)