Łukasz Pawłowski
Co importować z Wielkiej Brytanii?
Zastanawiając się nad brytyjską ideą „Big Society”, a także możliwościami jej przeniesienia na grunt inny, niż wyspiarski, należy przede wszystkim rozwiać kilka nieporozumień, jakie już zdążyły narosnąć wokół tego programu. Na część z nich zwrócili uwagę pozostali autorzy, uważam jednak, że warto dokonać ich zestawienia, a także uzupełnić o kilka innych, pominiętych informacji.
Po pierwsze, oskarżając premiera Davida Camerona o wykorzystywanie hasła „Big Society” wyłącznie do osłodzenia Brytyjczykom drastycznych cięć budżetowych, należy pamiętać, że program Konserwatystów narodził się już kilka lat temu, na długo przed dojściem tego ugrupowania do władzy, a także przed wybuchem kryzysu ekonomicznego. Postrzeganie „Big Society” jako wymyślonej naprędce ideologii mającej ułatwić walkę z kryzysem według neoliberalnego klucza jest więc niesprawiedliwe. W tym miejscu można jednak argumentować, że temu projektowi od samego początku przyświecała chęć cięcia wydatków publicznych, a kryzys finansowy jedynie ukazał prawdziwe intencje zespołu Camerona w pełniejszym świetle. Nie sposób wykluczyć takiej możliwości, ale warto w tym miejscu przypomnieć wszystkim, którzy nie śledzili tegorocznej kampanii wyborczej do brytyjskiego parlamentu, że radykalne obniżki wydatków zapowiadały w niej otwarcie wszystkie trzy główne partie. Różnica między, na przykład, Konserwatystami a Partią Pracy polegała jedynie na terminie ich wprowadzenia. Torysi chcieli działać natychmiast, natomiast Gordon Brown był zdania, że warto poczekać do budżetu na rok 2012, licząc na to, że w tym czasie brytyjska gospodarka złapie drugi oddech. Cięcia były więc nieuniknione i także zwolennicy Partii Pracy nie powinni o tym zapominać. Poza tym reforma obecnego szefa rządu wcale nie wpisuje się tak gładko w program redukcji wydatków. Takie przedsięwzięcie – jeśli przyjmiemy minimalistyczne założenie, że Konserwatyści rzeczywiście chcą zrealizować chociaż część głoszonych ideałów – wymaga poważnych nakładów, m.in. na pomoc organizacjom samorządowym, na szkolenie animatorów itp., itd. „Wielkie społeczeństwo” nie powstanie, jeśli ze strony władz nie popłyną wielkie pieniądze.
Po drugie, nie zawsze trafne jest ze strony krytyków Camerona porównywanie go do Margaret Thatcher, a to ze względu na mylne rozumienie mechanizmów i konsekwencji rządów pani premier. Jak słusznie zauważają w swoich tekstach John Gray i David Marquand, jeden z paradoksów thatcheryzmu polegał na tym, że chcąc zrobić miejsce dla mechanizmów rynkowych, musiał posługiwać się mechanizmami zapewnianymi przez silne państwo. To wzajemne sprzężenie państwa i wolnego rynku zostało zresztą zauważone już dużo wcześniej przez Karla Polanyiego w słynnej książce „The Great Transformation”. Zdaniem tego autora wolnorynkowa gospodarka i państwo narodowe są ze sobą ściśle związane i tworzą jedną całość nazwaną przez niego „społeczeństwem rynkowym”. Jeśli spojrzymy na najnowszą historię polityczną Wielkiej Brytanii z tej perspektywy, okaże się, że ostatnie 30 lat to nie okres permanentnego „zwijania państwa”, ale właśnie jego rozbudowy w tej czy innej formie. Zresztą gdyby było inaczej, Wielka Brytania stanowiłaby dziś spełnienie ideału libertariańskiego, a nie była krajem, w którym dotychczas zainstalowano blisko 20 procent wszystkich wyprodukowanych na świecie kamer do monitoringu (jedno takie urządzenie przypada na 14 mieszkańców). Oczywiście można w tym miejscu argumentować, że liczba kamer czy – mówiąc szerzej – kontrola państwowa ma się nijak do zaangażowania władz w życie obywateli w innych wymiarach, na przykład socjalnym. To prawda, ale nie zmienia to faktu, że wielu Brytyjczyków ma dość postępującego nadzoru ze strony centrum. Do sprawującej przez ostatnie 13 lat rządy New Labour (którą również wielu uważa za spadkobierców Thatcher) przylgnęła łatka biurokratów i etatystów nazbyt chętnie wydających rozkazy prosto z Downing Street.
Trudno jak na razie ocenić, czy David Cameron nie popełni tych samych błędów. Bardzo możliwe, że nie znalazł jak na razie sposobu na ominięcie tego paradoksu – przecież jego reforma także będzie musiała zostać wprowadzona odgórnie. Jeśli jednak oskarżamy go chęć powtórzenia thatcheryzmu, powinniśmy jasno zdawać sobie sprawę, do czego tak naprawdę nasz zarzut się odnosi. Thatcher nie „zwinęła państwa”, ona je rozbudowała – podobnie jak Tony Blair i Gordon Brown.
Po trzecie, moje wątpliwości budzi zarzut podniesiony przez Przemysława Sadurę, który stwierdza, że społeczeństwa obywatelskiego nie buduje się przez proste przerzucenie na ludzi odpowiedzialności, tak jak nikogo nie uczy się pływać po prostu wpychając go na głęboką wodę, licząc na to, że wypłynie. To wszystko prawda. Rzecz jednak w tym, że podobne zarzuty można postawić nie tylko „Big Society”, ale i bardzo wielu innym próbom aktywizacji obywateli i włączania ich do życia politycznego. Czy nakłaniając ludzi do wzięcia udziału w debacie na temat zagospodarowania lokalnej przestrzeni, aktywizujemy ich, czy też zmuszamy do podjęcia działań, które powinny zostać wykonane przez władze? Można w tym miejscu powiedzieć, że debatowanie nad sposobem wykorzystania przyblokowego podwórka to nie to samo, co przykładanie ręki do niespotykanych od czasu wojny cięć budżetowych, jednak chyba żaden z aktywistycznych ideałów demokracji nie zakłada, że obywatele mają podejmować wyłącznie proste i przyjemne decyzje dotyczące tego, jak wydawać małe pieniądze, a nie jak oszczędzać wielkie sumy. Zatem nawet jeśli polityka Camerona nie jest motywowana chęcią ożywienia ideału demokratycznego, ale zaoszczędzenia miliardów funtów, jak możemy odróżnić ją od tych „dobrych” form promowania aktywności obywatelskiej? W swoim komentarzu do jednego z tematów tygodnia „Kultury Liberalnej” Maciej Gdula odpowiedział na ten zarzut, twierdząc, że sferę obywatelską należy widzieć jako „sferę protestu”, która przypomina władzom o interesach poszczególnych grup, a nie jako byt służący jedynie temu, „aby z państwa zrzucać odpowiedzialność za zdekomodyfikowane dobra”. Uważam, że to definicja słuszna, ale niepełna, ponieważ całkowicie eliminuje odpowiedzialność protestujących za ich postulaty. Nie oni przecież będą musieli zająć się ich egzekucją. Obywatelskość zawsze wiąże się, moim zdaniem, z wzięciem na siebie pewnych obowiązków – po to, by uzupełnić działania państwa lub nawet je zastąpić, i niezwykle trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się oddolna aktywność, a zaczyna przerzucanie odpowiedzialności. Oceniając projekt Camerona, powinniśmy o tym pamiętać.
Po czwarte, oskarża się brytyjskiego premiera o nadmierną ogólnikowość jego programu, o czym pisze w swoim tekście John Gray. Także w tym wypadku mam pewne zastrzeżenia, co do słuszności tego zarzutu. Praktyczna polityka demokratyczna opierała się, opiera i będzie się opierać na hasłach mających w dwóch, trzech słowach zawrzeć treść polityki danej partii. Takich haseł mieliśmy już w historii zachodniej demokracji dziesiątki, jeśli nie setki. „New Deal” Roosevelta, „Fair Deal” Harry’ego Trumana, „New Frontier” Kennedy’ego, „Great Society” Lyndona Johnsona, „Trzecia droga” Blaira i Schroedera, „Change” Obamy, „IV Rzeczpospolita” Kaczyńskich – wszystkie one miały nas przekonać, że oto nadeszła wyjątkowa epoka radykalnych przeobrażeń, w których porządek społeczny zostanie ustalony na nowo. Większość z nich ostatecznie prowadziła do rozczarowania, ponieważ system demokratyczny – z jego formą podejmowania decyzji, której towarzyszy nieustanna walka partykularnych interesów nawet w ramach jednego ugrupowania – nie sprzyja gładkiemu wprowadzaniu wielkich pakietów reform (poza tym żaden ustrój polityczny nie zniósłby tak częstych rewolucji). Dużo skuteczniejsze, choć mniej efektowne, są stopniowe zmiany przybierające postać konkretnych ustaw. Ogólnikowe hasła spełniają jednak swoją rolę – dają rzeszom tych wyborców, którzy polityką specjalnie się nie interesują, ale swój „obywatelski obowiązek” spełniają, poczucie znajomości głównych osi sporu politycznego. Nie czyniłbym więc Cameronowi zarzutu z tego, że wykorzystał ten sam mechanizm, jaki z powodzeniem służył wielu politykom przed nim i będzie służył następnym.
Na zakończenie powracam do wyjściowej kwestii dotyczącej możliwości przeniesienia idei brytyjskich Konserwatystów do polskiej polityki. Moim zdaniem w najbliższym czasie nie będzie to ani możliwe, ani słuszne. Nie będzie możliwe, ponieważ patrząc z praktycznego punktu widzenia, takie hasło po prostu „nie chwyci” u wyborców, którzy nadal oczekują od państwa przede wszystkim działania, a nie aktywizowania obywateli. W Polsce nadal lepiej akcentować skuteczność władzy, zapowiadając „budowę mostów i szkół”, jak to obecnie czyni Platforma, zamiast przerzucać jakąkolwiek odpowiedzialność na ludzi. Import „Big Society” nie byłby także słuszny po pierwsze ze względu na panujący w naszym kraju odmienny porządek instytucjonalny (szeroko rozumiany), po drugie zaś dlatego, że wziąwszy pod uwagę ogólnikowość tego terminu, nie wiemy tak naprawdę, co sprowadzamy. Być może projekt Camerona rzeczywiście okaże się jedynie przykrywką dla cięcia wydatków, a z tym, jak słusznie zauważył Przemysław Sadura, mamy już w Polsce do czynienia. Osobiście nie skreślałbym jednak tak łatwo idei brytyjskich Konserwatystów choćby dlatego, że tamtejsza opozycja nie ma i moim zdaniem nie będzie w najbliższym czasie miała interesującej alternatywy. Czy pomysł Camerona to ciekawa propozycja, przekonamy się dopiero obserwując konkretne rozwiązania wprowadzane przez jego rząd. To one, a nie ogólne hasła powinny stać się przedmiotem naszego zainteresowania i ewentualnego importu.
* Łukasz Pawłowski, doktorant w Instytucie Socjologii UW, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.
TEMAT TYGODNIA,
„Kultura Liberalna” nr 97 (47/2010) z 16 listopada 2010 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)