46 obserwujących
1193 notki
653k odsłony
175 odsłon

Dieta nauczycieli: misja, pasja i idea

Wykop Skomentuj3

To na nauczycieli i dyrektorów szkół spadną konsekwencje tego, że do szkół średnich pójdzie we wrześniu podwójny rocznik. Jeśli dołożymy do tego głodowe pensje, zmniejszenie przywilejów socjalnych oraz całkowity brak chęci dialogu ze strony rządu, to okazuje się, że strajk jest naprawdę jedynym wyjściem.

Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze zajęcia ze studentami, które odbyłam jako młoda doktorantka. Na zawsze zapamiętam tremę, która mimo wieloletniej już dzisiaj praktyki, nigdy mnie nie opuściła i ekscytację, wynikającą z poczucia, że wreszcie robię dokładnie to, o czym zawsze marzyłam. Że jestem na swoim miejscu. Pamiętam, jak weszłam do sali pełnej niewiele ode mnie młodszych ludzi, a i na dzień dobry usłyszałam, żebym „poszła po profesora”. Pierwsza potyczka dotyczyła więc autorytetu, który musiałam sobie zbudować, chociaż brakowało mi doświadczenia oraz długiej brody, będącej nieodzownym atrybutem każdego szanującego się wykładowcy filozofii.

Nie przeszłam wcześniej żadnych kursów pedagogicznych, zajęcia akademickie znałam jedynie z perspektywy uczestniczki. Nie wiedziałam za bardzo, jak to przełożyć na nauczanie, jak mówić, żeby studenci mnie słuchali, jak skupić na tym, co mam do przekazania, uwagę grupy ludzi przez długie półtorej godziny. Wypracowywałam swoje strategie dydaktyczne metodą prób i błędów, starając się – zgodnie z zasadą Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić. Próbowałam naśladować moje mistrzynie i mistrzów, stosować ich sposoby działania, powoli i mozolnie ucząc się mówienia własnym głosem. W tamtych czasach, to my, doktoranci, prowadziliśmy gros tak zwanych zajęć „usługowych”. Nie wiem, jak to wygląda dzisiaj, ale wtedy byliśmy rzucani na głęboką wodę, nikt nie hospitował naszych zajęć (chyba że pojawiały się bardzo wyraźne skargi) i oczywiście pracowaliśmy za darmo. Kiedy dziś sobie o tym myślę, przypomina mi się świadomość braku kompetencji, boleśnie odczuwana w momentach, kiedy nie wiedziałam (bo skąd?), jak zapanować nad dwudziestoosobową grupą ludzi umiarkowanie zainteresowanych tym, co mam im do przekazania.

Nie wiem, czy wytrwałabym w moim zawodzie, gdyby nie dwie rzeczy: po pierwsze, że zawsze, od dziecka, chciałam być nauczycielką. Po drugie, że odkryłam pewien rodzaj nieporównywalnej z niczym satysfakcji, wynikającej nawet nie tyle z przekazywania wiedzy, ile z dzielenia się entuzjazmem, zainteresowaniem, pasją. Dzięki studentom wciąż na nowo przypominam sobie, dlaczego zajęłam się filozofią. Przykrym faktem jest to, że właściwie nigdy nie wykonywałam tej mojej ukochanej pracy dla pieniędzy, bo chociaż nie uczono mnie podstaw pedagogiki, to od najwcześniejszych lat wpajano mi, że mam misję. Sukces w zawodzie nauczyciela miał wyglądać jak scena z filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, kiedy uczniowie stają na blatach ławek, mówiąc do profesora „O Captain! My Captain!”. W zestawie jest jeszcze „oświaty kaganiec” i „rząd dusz”. Bardzo to wzruszające i romantyczne.

Problem z misją i z pasją jest, jak odkryłam po kilku latach, jednak taki, że bardzo trudno je zjeść, zamieszkać w nich albo się w nie ubrać. Sytuacja pogarsza się jeszcze, jeśli na przykład mamy kogoś na utrzymaniu. Jak wytłumaczyć dziecku, że musi przez kolejną zimę chodzić w tej samej przymałej kurtce, bo chociaż mamusia ciężko pracuje i ma te swoje chwile wielkiej satysfakcji, gdy udaje jej się sprawić, kilka osób na świecie zrozumiało etykę Kanta, to po prostu nie mamy pieniędzy? W takiej sytuacji, człowiek zaczyna zastanawiać się nad tym, czy pedagogiczne hobby nie jest jednak zbyt kosztowne i czy nie należałoby pójść do normalnej i normalnie płatnej pracy. Czy uznanie i spadający prestiż zawodu nauczyciela lub nauczycielki akademickiej są godnym ekwiwalentem ciągłych finansowych niedostatków, konieczności pracy na kilku etatach oraz łatania budżetu rozmaitymi dodatkowymi aktywnościami?

Trzeba tu jeszcze dodać, że im więcej tych dodatkowych rzeczy człowiek musi robić, tym gorsza jest ich jakość. Z bardzo prozaicznych powodów – doba ma zaledwie 24 godziny, a zmęczenie i wypalenie nie sprzyjają czułej wyrozumiałości, która powinna charakteryzować pedagoga w stylu „O Captain, my Captain”. Na to nakładają się najrozmaitsze wymogi administracyjne, które w systemie oświaty zmieniają się jak w kalejdoskopie. Co roku generujemy nowe sylabusy, co roku wypełniamy nowe tabelki, co roku inaczej wygląda system oceniania. Niejednokrotnie marnowałam długie godziny na wypełnianie rubryczek, które dezaktualizowały się szybciej, niż zdążałam zrozumieć, o co w nich chodzi.

Cały tekst TUTAJ

Katarzyna Kasia

doktor filozofii, prodziekan Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej”.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo