generee generee
114
BLOG

Jarocin; po wielu, wielu latach

generee generee Kultura Obserwuj notkę 0

Ostatni raz byłem w 1994 r. - był to ostatni Jarocin przed tzw. przerwą; nie powiem, byłem z tych, którzy dołożyli do tego cegiełkę. Po reaktywacji przez 20 lat jakoś nie było mi po drodze. Zawsze coś nie pasowało w programie, coś mniejszego lub większego stawało na przeszkodzie, a jak nie, to brakło zwykłego spręża. Wybierałem inne imprezy - bardzo często ORF; tam mogłem pojechać też z małymi dziećmi.

I tym razem na przeszkodzie stanęło coś niemałego - wirus układu pokarmowego, który zaatakował w noc przed wyjazdem, skutkując wysoką jak na półwiecznego+ pana gorączką oraz bulgotem w jelitach... na szczęście w układzie zamkniętym. Ale mimo to nie odpuściłem i na wybrany wcześniej 2. dzień festiwalowy dotarłem. Ni było łatwo - 300 km z gorączką, w upale, w aucie z zepsutą klimą; nie dałem rady w one pushu - stanąłem w cieniu drzew na poboczu na kwadrans drzemki i obudziłem się godzinę poza planem. Oczywiście o jedzeniu nie mogło być mowy - cały dzień na wodzie.

Powodem był koncert Houka pod szyldem Generation X w oryginalnym składzie z tej płyty: Maleo, Gruby, Bolek, Miro i Tomik; Houk to jeden z moich ulubionych zespołów wczesnej młodości - jeden z najlepszych jakie działały na polskiej scenie w pierwszej połowie lat '90. Światowy poziom - zarówno w pierwszym składzie, tym przejściowym (w którym grali w '94 przed Bad Brainsami w Stodole) jak i po rewolucji, jaką przeprowadził w zespole Maleo wyrzucając z zespołu wszystkich poza sobą i biorąc sobie na akompaniatorów komplet muzyków zespołu Ahimsa. Pamiętam szok jaki towarzyszył temu ruchowi oraz niewiarę w powodzenie w związku z asymetrią - dojrzały lider + młodziacy ze sceny niezależnej. Udało się wówczas znakomicie, a teraz byłem niezmiernie ciekaw czy też się uda.

I udało się  - poczułem się jakbym wsiadł w wehikuł czasu. Głos Darka był mocny jak wówczas, gitarzyści jeszcze lepsi (o 30 lat doświadczenia), a sekcja pomimo wielu lat przerwy w graniu sprawna i zgrana (ćwiczyli dzień w dzień przez 3 ostatnie miechy). Dużo, dużo radości. Po koncercie było miłe spotkanie z zespołem pod namiotem Kayaxu.

Oczywiście nie byli jedynymi, których obejrzałem, ale to były dodatki; lepsze lub gorsze. No może poza Bakszyszem, grającym poza sceną w Spichlerzu o 1:30 - to była prawdziwa truskaweczka na torcie; to jest zespół, który mnie nigdy na żywo nie zawiódł - trzymają poziom wykonawczy i mają dobre piosenki. Tym razem mieli puzon w składzie i już był nieco inny aranż.

Przekimałem w swoim bieda-kamperku zaparkowanym w szeregu poważnych retro kamperów (ja to tam na końcu tym srebrnym zwykłym kombiaku, za 125-tką):

image

Ale zanim poszedłem spać, to odwiedziłem lokalny szpital, gdzie złapałem się na tzw. wieczorynkę, czyli nocną wizytę pierwszego kontaktu; poszedłem, gdyż gorączka wciąż nie odpuszczała i kapkę się obawiałem skutków. Pozdrawiam miłego i profesjonalnego pana doktora. Wszędzie z buta - narobiłem trochę kilometrów - kamperek-scena, scena-kamper, kamperek-spichlerz, spichlerz-szpital (2 razy), szpital-stacja, stacja-kamperek. Wymieniam to po to żeby pokazać, że wałęsałem się co nieco samotnie, z czego prawie wszystko po nocy i ani przez moment nie czułem zagrożenia. I to jest największa zmiana w stosunku do imprezy z przeszłości. Pozytywna zmiana - tego zazdroszczę współczesnej młodzieży i dzieciakom; myśmy nie mieli tego komfortu.

Oczywiście impreza jest dziś mocno komercyjna, ale czy jak na obecne czasy jest to czub komercji? Nie sądzę. Zapisuję ją w pamiętniczku i może za rok wybiorę się w szerszym, rodzinnym gronie.

Niedzielny ranek spędziłem na spacerze po amfiteatrze (mocno to przebudowane) oraz rynku i okolicznych uliczkach; w większości ładnie odnowione. Trwa remont dużej - na moje oko secesyjnej - kamienicy. Sporo knajpek. Na rynku, rozstawiony na płycie produkował się młody zespół z pankowym repertuarem, gdzie sekcja była żeńska; dziwne, bo nie wiedziałem, że jeszcze się tak gra, ale wykonywali to całkiem dobrze, i co jeszcze dziwniejsze, mieli do tego zadowoloną publikę. Dla mnie byli muzealnym eksponatem, choć sztuki młode. Podjąłem próbę zjedzenia śniadania w eleganckim bistro; nieudaną - zatem kolejny dzień na wodzie się zapowiadał. I taki był do 2. połowy finału MŚ - wówczas skubnąłem jednego tościka; bez konsekwencji.

To chyba tyle - jeśli chodzi o ludzi to pełen przekrój: od młodych do starych, od cudaków do cywilów, od świeżaków do weteranów... i bardzo dobrze. Trochę pogadałem z takimi, trochę z takimi.

Miałem też dialog z łebkami, którzy słuchali nieco za głośno muzyki w aucie stojącym na parkingu na prawo obok tego sznura kamperów. Było sporo po trzeciej jak wróciłem, a tam wciąż muza; wciąż bo włączyli po północy, jak kimałem regeneracyjnie przed Bakszyszem. Podchodzę do strony kierowcy i mówię - możesz trochę ściszyć? bo ja tu będę spał na przeciwko; i dopiero widzę, że tam jeszcze 2 w środku; tamten mówi spoko nie ma sprawy. No, ale widzę, jak otwierają się drzwi od pasażera i gość się wychyla do mnie z jakimś interesem; niechętnie poszedłem, bo już mi się włączył tryb zagrożenia, a tu gość do mnie mówi, że ściszą i że fajnie że się odezwałem, bo teraz to nikt z nikim nie gada... Najpierw przestawili się dalej, a potem odjechali - widać potrzebowali głośno, ale nie chcieli przeszkadzać; to byli lokalsi.

Kartka z Jarocka:

image


generee
O mnie generee

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura