Gdybym była mężczyzną..
Nie, nie zamieniłabym swej płci, choć w epizodycznych sytuacjach - ułatwiłoby mi życie bycie okresowym facetem.
No ale, gdybym jednak była mężczyzną - nigdy bym się nie ożeniła.
Nie dla fruwania z kwiatka na kwiatek - tak jak papierek małżeński, złoto na palcu - nie są przecież gwarantem stałości uczuć, wierności.
"Mężczyźni boją się dziesięć razy bardziej tego, że ożenią się z niewłaściwą osobą, niż tego ze nie ożenią się w ogóle. Carl Weisman /kawaler, rocznik1959, autor książki:" Dlaczego nigdy się nie ożeniłeś?"
Jasne, nie jestem mężczyzną, ale absolutnie zgadam się z tą myślą.
Dodałabym jeszcze inną - może i ważniejsza kwestię - jeśli ja kobieta, wg opinii obu płci bardzo kobieca - mam tak silny gen niezależności, głód przestrzeni, potrzebę samostanowienia - to co dopiero mężczyzna. Gdzie kulturowo podkreśla się mocne inklinacje kobiet do tego, by przynależeć do kogoś, a ową przynależność najlepiej ma realizować małżeństwo.
I tu dokonuje się paradoksalna sprawa. Bo coraz mniej kobiet tęskni za przynależnością małżeńską, a z drugiej strony - wyparowuje z męzczyzn silna potrzeba niezależności.
Oczywiście istnieją też tacy, którzy przynależą - ale forsują mniej lub bardziej dyskretnie swą nieuprawnioną, bo fundującą rany - niezależność.
Chciałoby się powiedzieć, że małżeństwo nie nastaje na dobrze rozumianą niezależność. Bo i nie powinno.
Ale tak nie jest.
W parach częściej mamy do czynienia z zaborczością, hermetyzowaniem związku, zazdrością - nawet o swobodny oddech. A jeśli nie ma klimatu zamordyzmu - to i tak skrzydła nie nabierają pełni swych rozmiarów.
Dlatego to nie związek - a coś bardziej jak specyficzny system.
Moją refleksją nie uderzam w małżeństwo jako takie.
Ono powinno być azylem, ale i tlenem.
Nie znam wszystkich par na świecie, żadnej próby generalizowania nie będzie. Ale ze wszystkich par znam tylko jedno udane małżeństwo. A są razem ponad 4 dekady, więc coś już można powiedzieć.
I ona i ona w swych życiowych pasjach - ale nie obok siebie.
Ogrom szacunku, także dla przestrzeni - ale bez zezowania na zdrady.
Przeżyli kryzysy - ale to cecha tylko tych relacji, w których można mówić o niegasnącym zaangażowaniu.
Nie uderzam w małżeństwo, ale jakże często to małżeństwo uderza w parę, w ludzi.
"My kobiety często mamy wrażenie, że prostytutki znają lepiej mężczyzn od nas." Monica Belluci
Zauważyliście?
My kobiety....od nas - kobiet....
Definicja kobiety pomija prostytutkę.
Jeśli lepiej znają mężczyzn, to nie dlatego, że z nimi 'zawodowo' sypiają.
Bardzo często mężczyźni płacą za sam dialog, za to, że mogą się wygadać, przeżyć mentalny katharsis.
Albo o zgrozo płacą za przytulenie, czuwanie nad ich snem. Za bliskość.
Nawet taka kaleka bliskość - bo opłacona - jest warta jakiejś tam sumy, męskiego pragnienia.
A co stanowi największą zbrodnię małżeńską?
Brak rozmowy.
Pary trafiają na terapię i nie uczą się jak siebie ponownie pokochać. Uczą się komunikacji. Elementarnej sprawy.
A jeśli nie ma komunikacji - nie ma przestrzeni, nie ma tej zdrowej niezależności. Każde wyrywa to ciche pole minowe, jak za małą kołdrę na dwoje.
Gdybym była mężczyzną...
Zbyteczna synoptyka...
Jestem kobietą i nawet spacje powyżej są wciąż aktualne.
Inne tematy w dziale Kultura