Rozmowa z Merją Kyllönen – fińską eurodeputowaną z Sojuszu Lewicy (Vasemmistoliitto), należącą do frakcji The Left w Parlamencie Europejskim. Była minister transportu i komunikacji Finlandii uważa, że UE popełniła w Afryce wiele błędów, ale nie zgadza się z tezą o całkowitej porażce europejskiej polityki. W rozmowie mówi o kryzysie w Sahelu, rosnącej roli Rosji i Chin, skutkach sankcji oraz o tym, dlaczego przyszłość relacji z Afryką powinna opierać się na partnerstwie, a nie rywalizacji o wpływy.
8 lipca Rosja i Sojusz Państw Sahelu (AES) podpisały memorandum o współpracy między resortami spraw zagranicznych, obejmujące bezpieczeństwo, dyplomację i gospodarkę. Dzień później Mali, Burkina Faso i Niger zacieśniły współpracę służb bezpieczeństwa, rozszerzając m.in. wymianę danych wywiadowczych i policyjnych. Tego samego dnia Francja potwierdziła wycofanie swoich dyplomatów z Burkiny Faso.
- Wobec stopniowego wycofywania się Unii Europejskiej z Sahelu oraz coraz większych wpływów Rosji i Chin – czy Pani zdaniem strategia UE wobec Afryki, a szczególnie Sahelu, poniosła porażkę? Badania pokazują, że państwa regionu coraz częściej postrzegają politykę Unii jako podporządkowaną jej własnym interesom – przede wszystkim migracji i bezpieczeństwu energetycznemu – a nie potrzebom Afryki. Czy UE ma jeszcze szansę odbudować swoją pozycję? A może wcale nie powinna próbować odzyskiwać wpływów? W obliczu tej podwójnej straty – zarówno wizerunkowej, jak i politycznej – czy Unia Europejska ma jeszcze realne narzędzia, by odbudować swoje relacje z Afryką? Czy w ogóle powinna dążyć do odzyskania dawnych wpływów?
Merja Kyllönen: Krajobraz geopolityczny w Afryce, szczególnie w regionie Sahelu, w ostatnich latach bardzo się zmienił. Unia Europejska nie może ignorować faktu, że w części regionu utraciła swoje wpływy. Nie nazwałabym jednak unijnej strategii wobec Afryki całkowitą porażką. Pogarszające się bezpieczeństwo jest efektem wielu nakładających się czynników: terroryzmu, słabości instytucji państwowych, zamachów stanu, zmian klimatu oraz rosnącej rywalizacji geopolitycznej.
Równocześnie UE bywa postrzegana przede wszystkim przez pryzmat polityki migracyjnej i własnych interesów bezpieczeństwa. Tę ocenę należy potraktować poważnie. Trwałe partnerstwo można budować tylko na wzajemnym szacunku, odpowiedzialności po obu stronach i wspólnie wyznaczonych priorytetach.
Rosja i Chiny wyraźnie zwiększyły swoją obecność w Afryce, proponując własne modele współpracy. Atutem Unii Europejskiej pozostają natomiast długofalowe inwestycje w edukację, infrastrukturę, ochronę zdrowia, handel, rozwój instytucji i zrównoważony rozwój. Zamiast koncentrować się na geopolitycznej rywalizacji, UE powinna rozwijać przejrzyste i korzystne dla obu stron partnerstwa, odpowiadające na potrzeby samych państw afrykańskich.
Nie chodzi o odzyskiwanie wpływów dla samych wpływów. Celem powinno być budowanie wiarygodnych, równorzędnych relacji, które będą sprzyjały pokojowi, rozwojowi i wzrostowi gospodarczemu zarówno w Afryce, jak i w Europie.
Europejski Trybunał Obrachunkowy od lat zwraca uwagę na rozproszenie unijnej strategii wobec Afryki i słaby nadzór nad realizowanymi programami. Tymczasem inni gracze działają znacznie szybciej. Tylko w ostatnich dniach podpisano trzy duże umowy: 300 mln dolarów na budowę elektrowni cieplnej w Burkina Faso, 225 mln dolarów na rozwój infrastruktury miejskiej na Madagaskarze oraz 205 mln euro na modernizację kolei w Maroku.
- Żadna z tych inwestycji nie została jednak sfinansowana bezpośrednio przez Unię Europejską, lecz przez instytucje międzynarodowe i regionalne. Tymczasem Global Gateway miał być flagowym programem gospodarczym UE dla Afryki. Czy nie świadczy to o tym, że Europa coraz częściej oddaje inicjatywę innym, a Global Gateway pozostaje bardziej polityczną deklaracją niż realnym narzędziem działania?
Merja Kyllönen: Jeśli Unia Europejska rzeczywiście chce być najważniejszym partnerem Afryki, dlaczego przy tych konkretnych projektach jej rola ograniczyła się do finansowania za pośrednictwem instytucji międzynarodowych? Czy nie jest to dowód na to, że Global Gateway pozostaje bardziej projektem na papierze niż realnym narzędziem, a Europa stopniowo oddaje inicjatywę innym graczom?
Merja Kyllönen: Global Gateway to projekt, którego nie można oceniać przez pryzmat pojedynczych decyzji finansowych. Wiele dużych inwestycji infrastrukturalnych jest świadomie realizowanych we współpracy z instytucjami międzynarodowymi, takimi jak Afrykański Bank Rozwoju czy Bank Światowy. Pozwala to zwiększyć skalę finansowania, podzielić ryzyko i zapewnić krajom partnerskim większy udział w realizacji projektów.
Nie oznacza to, że Unia Europejska pozostaje bierna. Jej finansowanie często staje się impulsem do uruchomienia znacznie większych inwestycji publicznych i prywatnych. Jednocześnie Europejski Trybunał Obrachunkowy słusznie zwrócił uwagę na problemy z koordynacją, monitorowaniem i spójnością strategiczną. Tych uwag nie można lekceważyć.
Jeśli Global Gateway ma stać się rzeczywiście strategiczną alternatywą, jego realizacja musi być sprawniejsza, bardziej widoczna i lepiej dostosowana do potrzeb państw partnerskich. O sukcesie programu powinny świadczyć przede wszystkim konkretne efekty osiągane na miejscu, a nie liczba zapowiedzi czy wysokość deklarowanych środków.
7 lipca w Algierii odbyły się wybory parlamentarne z rekordowo niską frekwencją – niewiele ponad 21 procent. Była to najniższa frekwencja w historii kraju, świadcząca o głębokim kryzysie zaufania do systemu politycznego. Mimo to Algieria pozostaje dla Unii Europejskiej kluczowym dostawcą gazu, a Bruksela od lat unika otwartej krytyki tamtejszych władz.
Dzień później w Somalii rozpoczęła się kolejna runda rozmów między rządem a opozycją na temat reformy konstytucji i przygotowań do przyszłych wyborów. Jednocześnie kraj od lat pozostaje pogrążony w niestabilności, mimo unijnych programów szkolenia sił bezpieczeństwa.
- Państwa Sahelu coraz częściej zarzucają Unii Europejskiej, że jej polityka wobec regionu podporządkowana jest przede wszystkim migracji i bezpieczeństwu energetycznemu. Równocześnie UE zawiera wielomiliardowe porozumienia z autorytarnymi władzami Libii i Tunezji, licząc na ograniczenie migracji, mimo poważnych zarzutów dotyczących łamania praw człowieka. Czy w tej sytuacji europejska polityka wobec Afryki nie sprowadza się do prostego rachunku: zatrzymać migrantów za wszelką cenę, nawet kosztem własnych deklarowanych wartości?
Merja Kyllönen: Migracja jest ważnym elementem relacji Unii Europejskiej z wieloma państwami afrykańskimi, ale sprowadzanie całej polityki wobec Afryki wyłącznie do tego problemu byłoby zbyt daleko idącym uproszczeniem.
UE stoi przed trudnym zadaniem pogodzenia różnych celów. Z jednej strony chce współpracować z partnerami w kwestiach migracyjnych, z drugiej – promować demokrację, prawa człowieka i praworządność. W praktyce te cele nie zawsze dają się łatwo pogodzić, szczególnie w relacjach z państwami o słabych standardach demokratycznych.
Nie oznacza to jednak, że Unia powinna rezygnować ze swoich wartości. Jej wiarygodność zależy od konsekwentnego przestrzegania standardów praw człowieka przy jednoczesnym utrzymywaniu dialogu z partnerami. Sam dialog nie oznacza przecież akceptacji wszystkich działań danego rządu.
Państwa afrykańskie różnią się między sobą pod względem politycznym i gospodarczym, dlatego nie istnieje jedna recepta dla całego kontynentu. Trwałej stabilności nie zapewnią wyłącznie działania związane z bezpieczeństwem. Równie ważne są inwestycje w edukację, miejsca pracy, sprawne instytucje, odporność na zmiany klimatu i rozwój gospodarczy.
- Czy polityka sankcji ma sens, jeśli oprócz wywierania presji osłabia gospodarki całych państw, pogłębia niestabilność i skłania je do szukania nowych partnerów kosztem relacji z Europą?
Merja Kyllönen: Sankcje nie są celem samym w sobie. To jedno z narzędzi, po które społeczność międzynarodowa sięga w odpowiedzi na poważne naruszenia prawa międzynarodowego, konflikty zbrojne czy zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa.
Powinny być jednak projektowane w taki sposób, aby jak najbardziej ograniczyć ich skutki dla ludności cywilnej. Dlatego sankcjom muszą towarzyszyć działania dyplomatyczne, pomoc humanitarna oraz wsparcie dla procesów pokojowych.
Kryzys humanitarny w Sudanie pokazuje, jak bardzo potrzebne jest większe zaangażowanie społeczności międzynarodowej. Trwałej stabilizacji nie da się osiągnąć wyłącznie za pomocą sankcji ani dzięki współpracy wojskowej z zewnętrznymi mocarstwami. Niezbędny jest proces polityczny prowadzony przez samych Sudańczyków i wspierany przez społeczność międzynarodową. Rosnąca rola BRICS oraz coraz większa dywersyfikacja partnerów gospodarczych przez państwa afrykańskie odzwierciedlają szersze zmiany zachodzące we współczesnym świecie. Odpowiedzią Unii Europejskiej nie powinno być dążenie do odzyskania wyłącznych wpływów, lecz budowanie pozycji wiarygodnego i przewidywalnego partnera, oferującego przejrzyste inwestycje, uczciwą współpracę gospodarczą i wsparcie dla zrównoważonego rozwoju. Ostatecznie to państwa afrykańskie powinny same decydować o swoich partnerach i kierunku własnego rozwoju.


Komentarze
Pokaż komentarze