Przełamałem niechęć do telewizora. Zasiadłem do oglądania debaty dwóch kandydatów na Prezydenta. W końcu trzeba zobaczyć na żywo co maja kandydaci do powiedzenia o wykonywaniu zaszczytnych obowiązków Głowy Państwa. O Urzędzie który powinien być symbolem jedności, stonowania partyjnych, politycznych interesów i o roli arbitra w rozemocjonowanej do białości polskiej scenie politycznej. Roli zbliżonej do funkcji RPO stojącego ponad podziałami w Sejmie i Senacie, ponad meandrami politycznych kompromisów, realizującego w ciągu długiego 5-letniego mandatu funkcje określone w konstytucji RP.
Ktokolwiek zapoznał się choćby pobieżnie z artykułami najwyższej Ustawy dotyczących funkcji, obowiązków i uprawnień Prezydenta może tylko wyciągnąć jeden wniosek z dyskusji ale również z pytań zadawanych przez dziennikarzy. Miały one bardzo mało albo żadnego związku z urzędem Prezydenta. Dotyczyły spraw gospodarczych, powodzi, stosunków z EU, „ściany wschodniej”, sprawy Olejnika i spełnienia lub nie rządowych obietnic. Nie dotyczyły spraw ewidentnie leżących w gestii Urzędu prezydenckiego a mianowicie: współpracy z Rządem, prowadzenia samodzielnej lub opartej na współpracy z ministrem Spraw Zagranicznych polityki reprezentowania Polski na forum międzynarodowym, polityki w stosunku do armii i jej strategicznej przyszłości w Polsce i na świecie, sposobów wykorzystania i współpracy z Radą Gabinetową, stosunku do uprawnień wobec władzy sądowniczej i mianowania sędziów oraz prezesów NIK, NBP i NSA.
Pytania przygotowane przez dziennikarzy nadawały się na dyskusje wyborczą miedzy partyjnymi liderami przed wyborami do Sejmu. Nie wspominam nawet o pytaniu na które jeden z kandydatów czytał odpowiedz z kartki gdyż mówi to dużo o dziennikarskiej rzetelności. Ale polityczna przepychanka którą uczestnicy debaty przeprowadzali była żenująca. Promowanie partyjnych programów, ataki na politykę rządu, przedstawianie planów leżących w gestii ministrów i premiera, licytacja partyjnych programów rozwoju gospodarczego i dopłat do rolnictwa oraz polityka społeczna leżąca w gestii rządu. Co to miało wspólnego z Prezydentem? Wiedzą to prawdopodobnie dziennikarze i blogowicze, ale skołowany wyborca wie coraz mniej jakie są funkcje urzędu na który wybiera swojego kandydata.
Zamieszanie jakie w polskiej polityce istnieje, emocje nie mające nic wspólnego z meritum wyborów, kampania wyborcza w której decydują identyczne czynniki jak w wyborach parlamentarnych, nieliczenie się z predestynacją kandydatów do sprawowania Wysokiego Urzędu bo lider partyjny jest równie dobry na urząd Prezydent jak na fotel premiera lub przewodniczącego opozycji. Dziennikarze którzy nie kryją swoich politycznych preferencji prowadzący niezależną debatę i kandydaci na reprezentanta Polski na arenie międzynarodowej nie umiejący wydukać w obcym języku kilku standartowych formułek grzecznościowych. To jest poziom narodowej debaty o naszych przedstawicielach do Najwyższego Urzędu.
Można tylko się modlić i wołać: Boże chroń Polskę bo sama nie może się obronić!


Komentarze
Pokaż komentarze (4)