Jest nie tylko fascynujące ale również niezmiernie pouczające obserwowanie polityki kadrowej w największej polskiej partii opozycyjnej. Polityka personalna, wybór osób decydujących o „obrazie” medialnym stronnictwa jak również intelektualnych wartości przez partię prezentowanych decyduje w olbrzymim stopniu o popularności partii i społecznym przekazie idei będących jej głównymi hasłami. Dobór indywidualności będących w stanie przekazać przesłania zawarte w partyjnym programie i adresowane do wyborców, znalezienie języka który pozwoli nawiązać emocjonalny kontakt z adresatem i przekonanie go o słuszności głoszonych postulatów jest w dzisiejszej, medialnej rzeczywistości warunkiem „sine qua non” politycznego bytu.
Ostatnie wydarzenia personalne w PiSie związane z przegrana prezydencką kampanią pokazują jak na dłoni błędną politykę kadrową. Osoby uznane za reprezentantów kierunku określanego jako „soft” zostały odsunięte na drugi plan. Czują się oczywiście niedocenione i nie tylko między wierszami deklarują możliwość odejścia. Pan Migalski, nie będący członkiem partii, stał się w ciągu kilku dni z fanatycznego zwolennika, zaciekłym krytykiem swojej „żywicielki” po publicznym zbesztaniu przez Prezesa. Jak sam mówi jest ciągle za ale przeciw metodom i formie prowadzenia, tym razem, kampanii do samorządowych wyborów. Poseł w europarlamencie jest w tej chwili medialną tubą dosyć licznej grupy wewnątrzpartyjnej krytykującej Jarosława Kaczyńskiego.
Przykład pana Migalskiego pokazuje problem w PiSie od lat będący jedną z głównych bolączek tej partii. Namaszczenie ręką Prezesa osób okazujących się poniewczasie nieodpowiednimi kandydatami i „zdradzającymi” jego ideały. Przechodzącymi do jego otwartego zwalczania i stającymi się zaciekłymi wrogami. Przykładów bez liku, Sikorski, Marcinkiewicz, Kaczmarek, ostatnio Migalski. Nie wspominając o nieliczących się już w polityce Leperze czy Giertychu. Wybrani przez Kaczyńskiego okazywali się „niegodni” wyboru i ginęli w większości w politycznym niebycie. Nie wykazywali się wystarczającą dozą posłuszeństwa i potrafili mieć odmienne zdanie. A to jak wiadomo jest największą zdradą w totalitarnym „państwie” stworzonym przez Jarosława.
I dlatego w medialnym przekazie PiSu pozostają, oczywiście poza samym liderem, osoby takie jak Macierewicz, Kępa, Brudziński, Czarnecki czy Jacek Kurski. Popierające Prezesa bez zastrzeżeń, gotowe do wytłumaczenia jego najbardziej karkołomnych wolt i niesplamione jakąkolwiek krytyką partyjnych (czytaj: prezesowskich) posunięć. Oczywiście zawdzięczające Prezesowi pozycję którą zajmują i odwdzięczające się posłuszeństwem docenianym przez lidera. Mające w pamięci los niepokornych odsuniętych od łask i skazanych na bytowanie w tylnych szeregach.
Polityka kadrowa PiSu jest elementem doskonale oddającym stan w jakim ta partia się znajduje. Brak dopływu „świeżej krwi” skazuje ją na zamknięcie się w politycznym kręgu frustracji, uprzedzeń, języku agresji i osobistych rozliczeń Jarosława Kaczyńskiego. Wydaje się że zamykanie się lidera PiSu na otaczającą rzeczywistość tylko się powiększa. Ciągłe ograniczanie się do sprawdzonych twarzy w swoim otoczeniu nie pozwala mu na ewolucję nie tyle poglądów ale metod prowadzących do odzyskania politycznych wpływów. Niemożność dyskusji z krytyką swoich wyznawców powoduje erozję wpływów jakie potencjalnie mógłby sobie zapewnić. Jest odcinaniem się od dyskusji która koryguje polityczne wybory i powiększa wyborczy elektorat. Jest skazywaniem się na polityczną porażkę w imię wątpliwej jedności i posłuszeństwa za wszelką cenę. A jednocześnie stwarzaniem sobie wrogów jak to na podstawie ostatnich wypowiedzi eurodeputowanego (ale już nie PiSu) wyrażnie widać.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)