Dowiadujemy się coraz większej ilości faktów z życia oraz badań naukowych prof. Rońdy, naukowca pracującego w zespole parlamentarnym Macierewicza. Nazwisko znane szerszej publiczności od momentu ujawnienia przesłuchań w prokuraturze, gdzie dowiedzieliśmy się m.inn. jak doszedł do przekonania o wybuchu na pokładzie TU-154M. Profesor tłumaczy to w sposób zrozumiały dla każdego laika:"Po jakimś czasie, gdy usłyszałem, że samolot ten zawadził skrzydłem o drzewa, to wziąłem ołówek i policzyłem sobie udział energii cięcia skrzydła do energii kinetycznej obiektu. Było to bardzo proste obliczenie” i dalej "To są takie eksperymenty myślowe mechanika, który zna się na konstrukcjach."
Profesor Rońda jest wymieniony w raporcie zespołu Macierewicza jako wybitny specjalista współpracujący z jego zespołem. To prawdopodobnie dlatego służby specjalne zainteresowały się nim na tyle iż założyły podsłuchy na posiadanych przez niego telefonach komórkowych. Zrobiły to niestety niezbyt umiejętnie gdyż nawet taki laik jak profesor po usłyszeniu głosów rozmówców jakby wydobywały się z wiadra wyciągnął oczywistą konkluzję: jestem pod obserwacją 24 godziny na dobę Ale ponieważ nasze służby specjalne nie są tak zaawansowane jak te amerykańskie i prawdopodobnie używają jeszcze magnetofonów szpulowych czym można by wytłumaczyć tak dziwne odgłosy i zniekształcenia rozmów.
Pan profesor to ta sama osoba, która w kwietniu tego roku w TVP1 poinformował nas o nabyciu tajnego dokumentu na bazarze w Rosji. Na jego podstawie „przekonywał” nas, że TU-154M nigdy nie zszedł poniżej wysokości 100 m ale uległ „fragmentacji w powietrzu”. Macierewicz w swoim raporcie mówi o wysokości 15-17 m na której samolot rozpadł się na kawałki. Komu wierzyć?
Profesor Rońda poza obliczeniami na kolanie dowodów nie bardzo może przedstawić. Dokumentu z bazaru jeszcze nie opublikował. Niestety ale innych dowodów np. tych prof. Biniendy również nie poznamy. Jak sam oświadczył: "Nie mogę powiedzieć, że wszystkich ( obliczeń), ponieważ pracę wykonywała grupa moich doktorów, nie mam dostępu do wszystkich obliczeń, nie wszystkie były dla mnie wartościowe. W swoich prezentacjach mam najbardziej reprezentacyjne przykłady i każdy może sobie ściągnąć je ze strony internetowej" - tłumaczy świadek. Dopytywany o dane osób, z którymi współpracował, a które mogą to posiadać interesujące prokuratorów dane, prof. Binienda stwierdził, że nie może ich przekazać. Jak wytłumaczył, "został o to poproszony przez pracowniczkę ambasady USA", ale nie pamiętał jej nazwiska.



Komentarze
Pokaż komentarze (107)