Szykuje się zmiana cywilizacyjna (kolejna) i mało kto ma pojęcie, jak się rozwinie, łącznie z magikami tę zmianę napędzającymi. Jedni (Zuckerberg) obiecują bramy raju, inni – armagedon.
Może nie jestem tak bystry jak oni, ale niejedno widziałem, stoję nad grobem [1] i mam dystans.
Po pierwsze: „Wszystko już było – rzekł Ben Akiba” i dzisiaj doświadczam dojmującego deżawi.
Będzie to, co już się zdarzyło.
We wczesnych latach 90tych RAM też był drogi jak cholera, wszyscy ładowali kasę w pecety, rosły fortuny, ślubowano „komputer na każdym biurku” i „paperless office”. Kosztowało to masę kasy, mówiło się o tektonicznej zmianie, ale ekonomiści zauważali, że pecety widać wszędzie, tylko nie we wskaźnikach produktywności skomputeryzowanych firm.
Najśmieszniej było z papierem, którego zadrukowywano więcej niż kiedykolwiek przedtem. Sam pamiętam codzienne wydruki sald w bankach, które musiały wzmacniać stropy, bo papier waży.
Minęło raptem 30 lat, parę baniek inwestycyjnych, pokolenie pracowników wyrotowało na emeryturę i – wuala – spełniło się. Mało kto już używa papieru, a biznes zasuwa z prędkością światła w światłowodzie.
Nic nie trzeba drukować, email z podpisem kwalifikowanym honorujemy na równi z cyrografem własną krwią. Ale zajęło to trochę.
Będzie podobnie. Ej Aj wciąż śmieszy i tumani, ale krok po kroczku nabywa kompetencji. Minie trylion dolarów i ktoś zauważy, że diagnozuje nie gorzej od ordynatora. Najpierw ryzykanci, potem skąpcy zaczną się leczyć diagnozami za 15$ dolarów w abonamencie, kupując generyki z temu i nierozwiązywalny problem służby zdrowia stanie się nieistotny. Jakieś tam dziadki wciąż będą wysiadywać po przychodniach, trochę jak dziś seniorzy, którzy wciąż drukują korespondencję i wpinają w segregatory. Lekarzy okaże się nagle wystarczająco dużo, a może nawet zbyt dużo.
Rodacy już dziś zasypują sądy pismami wygenerowanymi maszynowo, na razie bywają bezsensowne, ale – kolejny trylion inwestycji – poprawią się. Po drugiej strony siedzi wysoki sąd, który się nie wyrabia, jak zwykle, i byłby głupi, gdyby sam nie sięgnął po EjAj do streszczania tych kocopałów, potem – przygotowania własnych wyroków i uzasadnień. Najpierw będzie je nadzorował, potem przelatywał lewym okiem, potem zautomatyzują całkiem, w każdym razie pierwszą instancję. Kolejny problem zniknie i dyplom prawnika stanie tyleż dumą co kłopotem.
Tak że ludzka biomasa będzie wciąż się tu kręcić, ale już nie będzie niezbędna. Tak mniej więcej jak w krajach, których gospodarka bazuje nie na pracy drobnych żuczków, ale czymś innym – np. zasobach surowcowych.
W takich miejscach obywatele są opcjonalni, „nice to have”, ale skoro można się bez nich obejść, to nie mają za wiele do powiedzenia, jak w Arabii Saudyjskiej, Rosji czy – do niedawna – Wenezueli. Działa stara zasada „no taxation w/o representation”, tyle że w drugą stronę „no representation w/o taxation”.
No cóż, nie można mieć wszystkiego, jak mawiają panie.
A próbowałaś? – pytają inne.
__________
[1] metaforycznie



Komentarze
Pokaż komentarze (4)