Jak podaje Gazeta Wyborcza, na stronie internetowej Ministerstwa Edukacji, w jej anglojęzycznej części znalazło się następujące tłumaczenie adresu ministerstwa (al. Szucha 25):
“Aleja Gestapo 25″.
Błąd usunięto po nagłośnieniu sprawy przez Radio ZET. No nic, zdarza się. Mnie natomiast zainteresowało tłumaczenie rzecznika, który zeznał, że obcojęzyczne wersje witryny WWW ministerstwa są tworzone za pomocą… Google Language Tools, “gdyż zatrudnienie firm do tłumaczeń kosztowałoby, co najmniej, kilkaset tysięcy złotych”.
I nie jest to wina ani osoby przygotowującej nieszczęsny tekst na stronie WWW, ani jej szefa, ani rzecznika. Przypadkiem wiem, że w tym ministerstwie pracownicy mają kłopot z uzyskaniem służbowego długopisu, lampka na biurku w ciemnym kącie jest nieosiągalnym luksusem, a na pytanie o papier otrzymują propozycję notowania na drugich stronach starych wydruków. Ale, na Boga, to nie jest biuro sołtysa w Koziej Wólce, ale centralny urząd państwowy dużego kraju Unii Europejskiej, podejmujący decyzje dotyczące milionów obywateli (na przykład bezrefleksyjnie posyłając nasze dzieci w wieku sześciu lat do nieprzygotowanych na to szkół).
To właśnie jest powód, z którego doszło to katastrofy prezydenckiego Tupolewa. Nie zamach, nie spisek, nie zła pogoda ani awaria. Otóż, proszę Szanownej Publiczności, żyjemy w kraju wiecznej prowizorki, państwie rządzonym przez amatorów i dyletantów na wszystkich szczeblach władzy, gdzie nieprzestrzeganie prawa i procedur jest uważane za godną podziwu cnotę, brak decyzji jest najlepszą decyzją, a rzeczywistość spowija nieustająca gra pozorów. W kraju, którego hymnem narodowym powinna być Guantanameraz tekstem “Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało…”


Komentarze
Pokaż komentarze (1)