Weekend spędziłem zaszyty w lesie, bez radia, telewizora i Internetu. Nie powiem, było to bardzo miłe, zwłaszcza wobec tak pięknych okoliczności przyrody. Czułem wręcz jak otwiera mi się głowa i znika ta niewidzialna przegroda, oddzielająca na co dzień nas, pracujących raczej głową niż rękami, od prawdziwego życia.
Dopiero w poniedziałek, nadrabiając informacyjne zaległości, przeczytałem o emerytowanym policjancie i pracowniku urzędu skarbowego, który w akcie desperacji podpalił się pod kancelarią premiera. Pozytywnie odebrałem umiarkowanie, jakie w tej smutnej sprawie narzucili sobie politycy, aczkolwiek przez skórę czuję, że podpowiedzieli im to specjaliści od PR-u i badań opinii. Niemiło wyłamał się z tego premier, odwiedzając niedoszłego samobójcę w szpitalu, choć można to jakoś tłumaczyć faktem, że zdarzenie miało miejsce przed siedzibą urzędu, którym kieruje, a ów człowiek protestował właśnie przeciwko władzy. Jeszcze mniej miło wyłamał się Jacek Kurski, który wygłosił tradycyjną formułkę, że za wszystko odpowiedzialny jest Donald Tusk i Platforma Obywatelska (ale po Jacku Kurskim to ja się już nic dobrego nie spodziewam).
Niestety, znacznie gorzej w tej sytuacji zachowały się media. Pomijam już tradycyjne u nas nakręcanie sensacji i żerowanie na najgorszych nawet nieszczęściach. Wiadomo, że wpisuje się to w desperackie próby zainteresowania czytelnika, telewidza, słuchacza itd. podczas gdy trwa bezpardonowa walka o przetrwanie na kurczącym się rynku medialnym, który w obecnym kształcie się kończy.
Zniesmaczyło mnie jednak przede wszystkim ledwo ukrywane oczekiwanie, że oto mamy emocjonalnie przejmującą sprawę, w środku kampanii wyborczej, przy której politycy zaraz wezmą się za łby. Będzie gorący temat polityczny, będzie można wałkować sprawę aż do wyborów, będą rosły nakłady i słupki oglądalności. Przypomina to nieco tłum otaczający miejsce stłuczki samochodowej i zagrzewający jej uczestników by dali sobie po mordzie. Jeden z komentatorów Gazety Wyborczej posunął się nawet do nazwania desperata „terrorystą” (!). Dostał zaraz odpór od swojego naczelnego, tym niemniej o czymś to świadczy, bo przecież dziennikarz gazety nie jest jakimś tam sobie blogerem, który rankiem przy kawie coś tam skrobnie, naciśnie ENTER i już cały świat o tym wie (:-) ). W gazecie funkcjonuje cały mechanizm pozyskiwania i akceptacji treści, między innymi po to, by nie dało się w łatwy sposób wydrukować każdej głupoty czy fałszywej informacji. Rad bym był poznać na przykład nazwisko redaktora, który nie uznał za dziwne / niesmaczne / oburzające (niepotrzebne skreślić) przyrównywanie tragedii człowieka gnębionego przez problemy emocjonalne z politycznym terroryzmem.
I żeby była jasność: czepiam się w tej chwili Wyborczej, ale bynajmniej nie jest to problem tylko tej gazety, lecz większości naszych mediów. Proszę sobie otworzyć Uważam Rze, Wprost, Nowe Państwo czy Politykę i policzyć ile w jednym artykule występuje epitetów, zwykle o negatywnej konotacji. Często takich, których ze względów przyzwoitości nie użylibyśmy w osobistej rozmowie, nawet z kimś, kogo niespecjalnie lubimy. Gdy tak patrzę na polski krajobraz medialny, mam wrażenie, że niestety przyzwoitość już dawno opuściła tę krainę.
I jeszcze coś, o czym może trzeba by kiedyś napisać szerzej. Obok komentarza o terroryście w portalu internetowym Wyborczej znalazła się ankieta. Z ciekawości spojrzałem na wyniki. I osłupiałem:

Zakładając, że w tym wypadku wyniki są prawdziwe, tj. pochodzą od czytelników, którzy kliknęli w odpowiednią opcję, a nie od redaktorów portalu, bardzo ciekawie wygląda profil aktywnych czytelników Wyborczej.



Komentarze
Pokaż komentarze