leszek.sopot leszek.sopot
119
BLOG

Zabić ministra skarbu!

leszek.sopot leszek.sopot Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 6

Nie zachęcam jednak do zabicia Aleksandra Grada, czy taż ministra z rządu PiS, Wojciecha Jasińskiego, mimo rozgrzanych do czerwoności politycznych sporów – być może wystarczyłoby rzucić jedną iskrę, aby czyjaś głowa spadła. Znam tylko jeden przypadek z historii, aby szykowano zamach na ministra skarbu, a nie np. na króla, generała, prezydenta czy premiera. Minister skarbu miał zginąć „ażeby pewien mózg prysnął, jeżeli nie pod same gwiazdy – wedle wyrażenia Heinego – to przynajmniej pod sklepienie bankowe, i tym sposobem zreflektował inne mózgi mniej zatwardziałe. Umarli bowiem nie tylko nie mówią, ale mają jeszcze i tę zaletę, że się nie mylą i pomyłkami swymi kraju w przepaść nie ciskają”.

Oczywiście to w Polsce chciano, aby „mózg prysnął”. W Polsce ogarniętej powstaniem. W czasie, gdy jedni chcieli wybić się na niepodległość, a drudzy w czasach rozbioru zachować narodowy potencjał w jak najlepszym stanie. Zabić chciał romantyk, który zmarł na emigracji opuszczony przez prawie wszystkich. Jego książkami zafascynowani byli powstańcy styczniowi i Piłsudski. Niedoszły nieboszczyk spędził swoje ostatnie dni wśród obcych, w sercu imperium.
Tekst tylko dla miłośników historii i tych, którzy mają cierpliwość na czytanie długich tekstów. Nie dla tych, którzy nie potrafią spojrzeć na Polskę bez partyjnych procesorów programujących mózgi.
 
Marzenie o wolności
Kim był niedoszły zabójca? Mochnacki w czasie wojny romantyków z klasykami zastanawiał się nad istotą historii: „Czymże jest historia? Snem ludów, cieniem ich jestestwa. Owo plemię, skutkiem poprzednich powodzeń, zawichrzone niezgodą lub rozpieszczone niewieścią miękkością, znika z placu. Moc, dostatek, biegłość w sprawach, świetne przewagi, dostojne imię, wszystko rozproszone jako mgła mija. Wtenczas na karki pognębionych następują silniejsi, dzicy światoburcy”[1]. Niemożliwa była dla niego historia bez wyższych reguł rządzących światem i bez wolności ludzkiej. Wolność i konieczność były immanentnymi źródłem dziejów i tragizmu.
Wierzył w przyszłość Polski, gdyż uważał, że może ona zginąć tylko wtedy, gdyby „ten lud w powodzeniu swoim, za dni szczęśliwych, nie miał żadnego mędrca, żadnego dziejopisa, żadnego wieszcza lub artysty”. A naród miał swoich poetów, miał w przeszłości wielkich mężów i dziejopisów, a nadchodzący romantyzm ofiarowywał mu przyszłość, gdyż „Poezja [...] przerzuca pomost między żywymi a umarłymi, bo jej obszar to świat myśli, uczuć i tęsknot”[2]. Nie tylko poezja, ale system wszystkich wytworów ludzkiego umysłu, „które mają najbliższy i bezpośredni związek z cywilizacją i duchem narodu”[3].
Od początku powstania wiedział albo przeczuwał, że może być ono daremne. Los pokierował, ale i jego wolna wola, że 27-letni znawca literatury romantycznej przez krótki czas był motorem rewolucyjnych działań. Na jego drodze stanął minister skarbu Królestwa Kongresowego, książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki.
 
„Moskale naszych mordują”
Maurycy w pierwszych godzinach uratował powstanie, kiedy to wraz z innymi okrzykami „Moskale naszych mordują” wezwał mieszkańców Warszawy do chwycenia za broń i zdobycia Arsenału. Uważał, że powstańcy sami powinni byli ustanowić władzę, a nie sięgać po niepewne autorytety. Bał się, że rewolucji zabraknie czasu na stworzenie licznych oddziałów i zainicjowanie powstania w guberniach zabranych. Zorganizował pracę klubu Towarzystwa Patriotycznego i wziął udział w delegacji udającej się do siedziby Rady Administracyjnej.
Rzucił w twarz członkom Rady słowa, które spadły na nich jak piorun. Apelował i ostrzegał. Ripostował na wywody księcia Czartoryskiego: „To są żarty, Mości Książę, my nie powstaliśmy dla przyjmowania łask i warunków od w. księcia, który jest jeńcem rewolucji, ale dla zbawienia Polski. Niechaj tedy rząd nie gra komedii, która się bardzo tragicznie zakończyć może albo dla powstania, albo dla jego nieprzyjaciół i wątpliwych stronników!”[4]. Ostatnie słowa skierował pod adresem księcia Lubeckiego. Generał Chłopicki wściekły, trzaskając drzwiami, wyszedł ze spotkania. Niemcewicz wspominał: „O Boże, ci tylko, co widzieli Robespierre’a, Dantona, Marata, St. Justa, nie byliby przerażonymi tak wściekłymi postaciami, jakie mieli ci zuchwalcy!”[5].
Lubecki wymyślił, że do obalenia rządu nie dojdzie, jeśli Mochnacki zostanie do niego dokooptowany, ale ten propozycję odrzucił i apelował o rozwiązanie Rady Administracyjnej. Lubecki i Mostowski złożyli rezygnację. Po skończonych obradach Lubecki poprosił Mochnackiego o rozmowę: „A kiedy mieliśmy się na spoczynek udawać – pisze Leon Dembowski, naoczny świadek tych wydarzeń – i gdy Mochnacki opuścił salę posiedzeń rządowych, książę Adam zapytał Lubeckiego: – Nad czym tak długo radziliście? Na co książę Lubecki odpowiedział: – Z tego wszystkiego, com od Mochnackiego słyszał, powziąłem przekonanie, iż ma zamiar mnie powiesić”[6].
Mochnacki na zebraniu klubu Towarzystwa Patriotycznego oświadczył, że rząd i Chłopicki zdradzają rewolucję. Zgromadzony tłum oburzył się przeciwko wypowiadającemu oskarżenie i zagroził mu śmiercią. Mochnacki poderwał więc do działania Szkołę Podchorążych.
Ruszyli do siedziby rządu po to, „ażeby pewien mózg finansowy prysnął jeżeli nie pod same gwiazdy – według wyrażenia Heinego – to przynajmniej pod sklepienie bankowe” [...]. Piotr Wysocki spotkawszy przypadkiem Szkołę i mnie na Lesznie, gdy mu oznajmiliśmy zamiar udania się do Banku, wahać się począł [...]. Starałem się wmówić w niego, że jemu, jako twórcy rewolucji, rząd nowy w tym charakterze ustanowić wypada. Świadomsi interesu publicznego podchorążowie przekładali mu, że się obejdzie bez rozlewu krwi; ja mu szepnąłem w ucho, «że tylko jedną głowę, która kieruje kontrrewolucją, poświęcić trzeba». Natenczas Wysocki klękając na bruku przed szeregiem powiedział: «Nie inaczej jak po moim trupie pójdziecie do banku». Szkoła wróciła zaraz na swoje stanowisko. Zamiar spełzł na niczym, ale mnie wprawił w największe niebezpieczeństwo”[7].
Książę Lubecki przystąpił do kontrataku. Następnego dnia w gazecie „Polak Sumienny” ukazał się artykuł ujawniający, że Mochnacki pracował w cenzurze i oskarżający go o próbę wzniecenia rozruchów. Na mieście rozpowszechniono plotkę, że Maurycy nastawał na życie gen. Chłopickiego. Opinia publiczna obróciła się przeciwko Mochnackiemu, także najbliżsi przyjaciele. Stawiano dla niego szubienice, żołnierze chcieli rozsiekać, a Lach Szyrma, komendant gwardii akademickiej, w wydanej odezwie przysiągł, „że akademia swój sztylet utopi w piersiach zapaleńca, który tych znakomitych mężów śmiał obrazić”[8]. Otoczony nagle przez ludzi pod siedzibą rządu znalazł schronienie w pokojach... księcia Lubeckiego, który wpuścił go do swych salonów i przywitał słowami: „– Jak niebezpiecznie jest, panie Mochnacki, tak wysoko latać”[9].
„Mózg finansowy” miał w garści romantyka. Książę mógł go wydać tłumowi, jednak toczył z nim długie rozmowy. Przez kilka dni trzymał w swoim domu, żywił, chronił i dyskutował. W tym czasie niszczył w oczach opinii publicznej tak, by nie wyprostował się już więcej. Zarazem Mochnacki przekonywał księcia do podjęcia niezbędnych działań. Pod jego wpływem przed wyjazdem do Petersburga Lubecki zaczął zachęcać członków Rady Administracyjnej, by szykowali do walki jak największą armię, gdyż jest ona ważnym argumentem w każdych pertraktacjach.
Lubecki ruszył z poselstwem do cara, a Mochnacki postanowił wyjechać na Wołyń, by tam rozniecić powstanie. Nie dotarł do celu i wrócił do Warszawy, gdzie skończył pisać przedmowę do książki O literaturze polskiej w XIX wieku. Napisał tam: „Czas nareszcie przestać pisać o sztuce, co innego zapewne teraz mamy w głowie i w sercu, improwizowaliśmy najpiękniejsze pienie narodowego powstania! Życie nasze jest poezją. Zgiełk oręża i huk dział, ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”[10].
Wstąpił do wojsk powstańczych i w walce szukał śmierci. Lubecki pojechał do Rosji wyjednać łaskę cara. Nie uzyskał nic. Pozostał w Petersburgu, gdzie do końca życia pracował na rzecz carskiej administracji. Mochnacki po klęsce wyemigrował do Francji, gdzie zmarł na gruźlicę.
 
Carski menedżer
Książę Lubecki należał do elity królestwa, kształtował jego politykę gospodarczą i finansową, osobiście kierował ludzi na najważniejsze stanowiska i miał przemożny wpływ na decyzje wielkiego księcia Konstantego.
Lubecki zacieśniał powiązania Królestwa Polskiego z Rosją, jako ogromnym rynkiem zbytu dla polskiego przemysłu, tym bardziej, że na granicy z Niemcami ustanowiono bardzo wysokie cła: „Posunięcia ministra były kontrowersyjne nie w sferze gospodarki, lecz polityki. Bardziej rozwinięte ziemie polskie miały być wprzągnięte w służbę rosyjskiej mocarstwowości, rosyjskich racji imperialnych. Czy w ostatecznym rezultacie nie musiałoby to doprowadzić do uzależnienia od Rosji także w sferze gospodarki, tego nie da się potwierdzić ani zaprzeczyć”[11].
Równocześnie z powołaniem w 1821 roku na ministra skarbu Lubeckiego, car Aleksander I w piśmie zawiadamiającym o jego powołaniu uprzedzał, że musi przekonać się „czy Królestwo Polskie może w teraźniejszej swej organizacji wydołać z własnych funduszów politycznemu cywilnemu bytowi, którym było obdarzone, lub też czyli ma, niemożność swą oświadczywszy, ulec zaprowadzeniu porządku rzeczy więcej zastosowanemu do swojej szczupłości”[12].
Lubecki został menedżerem, którego zadaniem było zdobycie jak największego zysku dla cara i jego brata wielkiego księcia Konstantego. Konstanty nie chciał, aby Lubecki po rozpoznaniu stanu krajowych finansów stał się likwidatorem królestwa.
Lubecki uważał, że w zacofanym przemysłowo kraju rząd sam musi kierować inicjatywą gospodarczą, gdyż stan oświaty, nieufność i przyzwyczajenia powstrzymywały społeczeństwo od nowości, które w krajach rozwiniętych rozpowszechniały się naturalnie. Wiedział, że choć Polska była od zawsze krajem rolniczym, to zakończyła się już era koniunktury na polskie zboże i inne produkty rolne. Był przeciwnikiem wolności handlowej, która jego zdaniem, przyniosłoby złe skutki dla krajowej gospodarki, gdyż zarobione przez zagranicznych przemysłowców i kupców w Polsce pieniądze byłyby wywożone z kraju. Był przekonany, że kapitał cudzoziemskich przedsiębiorców, jak i oni sami, zrosną się z polską ziemią. Wielką stratę widział w sprzedawaniu za granicą nieprzetworzonych surowców, które można było samemu przetwarzać w kraju.
Stefan Bratkowski twierdzi, że po wojnach napoleońskich przemysł w Rosji podupadł, co dla polskich przedsiębiorców było jedyną w swoim rodzaju okazją, „by go przegonić, zabrać mu zamówienia, tym samym sparaliżować i osłabić, co w razie konfliktu oznaczałoby przewagę potencjału w produkcji broni [...]. Spiskowcy nocy listopadowej obrócili dramat tego wyścigu w katastrofę”[13].
Lubecki ukaz carski zabraniający młodzieży studiować za granicą rozwinął o przepis precyzujący, że rodziców, których synowie pozostali za granicą dla kontynuowania studiów, miano obłożyć podwójnym podatkiem gruntowym. Stworzył zarazem plan reform w administracji, sądownictwie i skarbowości. Dążył do uproszczenia mechanizmu władzy. Reforma miała także dotyczyć samorządu miejskiego, kwestii włościańskiej i żydowskiej, zapewnienia wolności słowa i druku. Uzyskał aprobatę cara na wstępny projekt reformy dopiero podczas prac Sejmu w maju 1830 roku. W planach tych uwzględnił doskonałe połączenie interesów Polski i Rosji. Wierzył, że z chwilą ustanowienia ścisłych przepisów i po zaprzestaniu policyjnych represji dokonana reforma skuteczniej zabezpieczy nierozerwalność unii z Rosją.
Lubecki nie liczył się z Konstytucją. Dopiero po powstaniu listopadowym zdobył się na krytyczną autorefleksję. Smolka twierdzi, że Lubecki „przekonał się, że w ówczesnym położeniu Królestwa litera prawa była jedyną ostoją przeciw wszelkim, nigdy nie ustającym, a podstępnym zamachom na jego byt polityczny, że minister obchodząc prawo, byt ten narażał. Jedno Lubeckiego tłumaczy: głębokie przeświadczenie, że przysparzając skarbowi publicznemu milionów, bronił właśnie skutecznie zagrożonego bytu politycznego”[14]. Najjaskrawszym przykładem nieprzestrzegania przepisów konstytucji była sprzedaż bez zezwolenia Sejmu dóbr narodowych. Lubecki bronił się twierdząc, że były one ciągle przedmiotem pożądliwości i pragnień generałów rosyjskich, którzy domagali się ich jako wynagrodzenia za swą działalność. Natomiast przez sprzedaż narodowego majątku skarb państwa zdobywał potrzebne zasoby finansowe, a Rosjanie nie mieli się czego domagać.
Mochnacki uważał, że Lubecki był tylko zręcznym ministrem, który realizował plany zgodne z interesem zaborcy. W pisanym na emigracji Powstaniu krok po kroku analizował ekonomię Królestwa Kongresowego i jednocześnie opisał wizję romantycznej ekonomii.
 
„Urzędomania” a obywatelstwo
Pisał Mochnacki: „rząd na sposób użycia krajowych kapitałów wpływać nie powinien. Fabryki zbogacają naród, jeśli same powstają. Fabryki, które rząd zaprowadza, które by bez rządu nigdy nie powstały [...], stają się klęską konsumentów, szkodzą naturalnemu, miejscowemu przemysłowi. Ta jest reguła powszechna [...]. Fabryki Polski Kongresowej do tego względu odniesione nie jednają rządowi, które je postwarzał, wielkiego zaszczytu. Cóż łatwiejszego, jak wszystko obce zakazać, wszystkie granice osadzić Kozakami? Muszą wtenczas ku byle jakiemu zaspokojeniu koniecznej konsumpcji powstać krajowe rękodzieła, lecz z wszystkimi przywarami monopolistycznymi: bo między reproducentami, z równą łatwością zbywać mogącymi złe i dobre wyroby, nie masz ani potrzeby, ani bodźca do współubiegania się; a dla konsumentów nie ma żadnego wyboru [...]. Prohibicyjne fabryki puszczają w obieg za cenę upodobaną wyroby, bez których obejść się prawie niepodobna [...]. Z dochodu monopolijnego w Polszcze Kongresowej opłacał rząd, pod tytułem porządku i bezpieczeństwa publicznego, żołnierza, żandarma, policjanta, szpiega, gorliwego w podsłuchach urzędnika. Z fabryk monopolistycznych, z ich zysków cóż przybywało [...] ku ulżeniu publicznych ciężarów, kiedy prawie wszyscy, którzy u nas te fabryki pozakładali, byli cudzoziemcy sprowadzeni z zagranicy? [...]. Fabrykant cudzoziemiec nie przychodził u nas powoli, stopniowo, z nędzy do lepszego bytu, lecz jednym gwałtownym skokiem do wielkich bogactw; a co tylko zarobił, to natychmiast wyprowadzał lub sam wywoził za granicę”[15].
Mochnacki uważał, że rozwój polskiej gospodarki zależy od silnego oparcia w stabilnym rolnictwie, gdyż „nie od dachu podobno, lecz od fundamentów stawiają się budynki[16]”, i twierdził dalej: „U nas przed przemysłem rękodzielnym idzie rolnictwo, i dopóki kraj nie odzyska swej niepodległości, póki wszystkie jego płody nie wejdą w handel wewnętrzny, póty daremne będą wszelkie usiłowania pomknienia go naprzód na drodze przemysłowej”[17].
Lubecki był dla Mochnackiego leżą liderem frakcji, która „zbawienia ojczyzny bez pobratymstwa z Moskwą nie pojmowała”[18], ale nie oskarżał go o zdradę, gdyż Lubecki „wcześnie zaczął być Moskalem. Pod tym względem nie można mu zarzucić zmienności charakteru: nie był renegatem, kto nigdy w Polskę nie wierzył”[19].
Portretował Lubeckiego jako człowieka, który był „wymowny, czynny, znawca ludzi, ambitny, obrotny nie tylko w publicznych, ale i we własnych interesach” i który talenty te wykorzystał w zgubny dla Polski sposób, gdyż „wykształcił ducha hierarchii rządowej, udoskonalił centralizację i przedział między władzą i krajem, między rządem i ludem tak rozszerzył, że tamten po raz pierwszy na ziemi polskiej stał się główną rzeczą, ten niczym. Urzędomania, przewaga służby płatnej nad obywatelstwem, nad wszystkim, co jest świętego na ziemi, daleko się za wpływem jego rozpostarły. Charakter rządu tym sposobem zaostrzonego [...] otóż jedno z największych nieszczęść, co z epoki kongresowej Polski wpłynęły dla sprawy 29-go”[20]. Krytykował, że „przy powszechnym narzekaniu mieszkańców królestwa na fiskalizm rządu i ciężary antykonstytucyjne Lubecki rozsypywał szczodrą dłonią ogromne sumy na podwyższenie pensyj, na dodatki nie do urzędów, ale do osób zastosowane, na gratyfikacje [...]”[21].
W dziedzinie działalności finansowej zarzucił Lubeckiemu przyjęcie systemu, który zmierzał do tego, „żeby mieć wszystko w ręku i wszystko jednym ciosem, w jednym mgnieniu oka wniwecz obrócić, żeby, krótko mówiąc, uorganizować ruinę całego majątku Polski kongresowej; do tego zmierzały starania Lubeckiego”[22].
Mochnacki twierdził, że Polsce potrzebny był inny rozwój ekonomiczny: „w kraju potrzebującym dobijać się swej niepodległości zbrojnymi powstaniami, bank, instytucja ziemska kredytowa i wszelkie inne w związku z nimi będące operacje finansowe [...] mają swoją polityczną bardzo niebezpieczną stronę. Kraje niepodległe niechaj w kurs puszczają cały swój gruntowy majątek, nic to im nie zaszkodzi; kraje zamierzające wyjarzmić się spod obcej przemocy niechaj nigdy nie tykają, co jest w nich nieruchomego, niechaj się starają nawet ruchomym rzeczom u siebie nadać charakter wieczności, póki rewolucja nie wybuchnie. Na tym polega ich zbawienie. Stała mocna na swej ziemskiej posadzie niepodległość narodu polskiego w tej cząstce kraju, który kongresowym zowiemy, póki wszystko, cośmy mieli, trwało w stanie niezależności od Moskwy; póki ani Moskwa od nas niczego nie potrzebowała, ani my od Moskwy, póki Moskwa, choćby nawet chciała, niczego od nas wziąć nie mogła. Tak było aż do czasów administracji Lubeckiego. Minister ten, zaprowadzając systema kredytowe, odłużając, a potem sprzedając dobra narodowe, realizując fundusze instytutów naszych, ustanawiając bank, którego organizacja depozytowa koncentrowała w sobie cały prawie gotowy majątek obywatelski, poddał ledwo nie wszystko, cośmy mieli, pod moc i wolę Moskwy [...]”[23].
 
Ekonomia a romantyczne ideały
Mochnacki rozpatrywał problematykę ekonomiczną Królestwa z pozycji zwolennika filozofii wolności i polityki niepodległościowej. Widział korzyść dla kraju jedynie w tym, co było jak najmniej zależne od monopolu państwa, co zwiększało wolności gospodarcze i handlowe. Nie mógł się pogodzić z etatyzacją gospodarki i interwencjonizmem państwowym, gdyż prowadziło to do obsadzania stanowisk nie fachowcami, lecz ludźmi oddanymi swym zwierzchnikom.
Monopol państwowy był sprzeczny z romantyczną wizją jedności człowieka z naturą i z samym sobą. Człowiek, według Mochnackiego, miał tworzyć świat, a nie być poddanym woli konieczności, fatalizmu historii czy też despotycznemu państwu i armii urzędników. Twierdził, że esencja narodowa tkwiąca w zbiorze pojęć i uczuć niewiele ma do zawdzięczenia państwu. Przeciwnie – państwo może „wyjałowić narodową esencję” przez instytucjonalizowanie spontanicznych odruchów życia narodowego. Szczególnie czyni to wszelki despotyzm, który zakuwa kulturę, obyczaje, tradycję i pamięć narodu w jeden nieznający alternatyw model. Dla despotycznych systemów jednostka jest pyłkiem kurzu, który zmiata się jednym ruchem ręki. Despota przeciwstawia rozumowi i myśli zbiorowy determinizm – instynkt masy[24].
 
„Polsce trzech rzeczy trzeba”
Lubeckiego bronił Stefan Bratkowski, który opisał menedżerską karierę romantycznego malarza Piotra Michałowskiego. Mianowicie Lubecki powierzył mu zadanie zbadania stanu górnictwa krajowego – kopalń i hut podległych Dyrekcji Górnictwa, a następnie mianował go naczelnikiem Oddziału Hut w Wydziale Górnictwa Krajowego. „Ekonomista Lubecki szacował produkcję wedle wskaźników wydajności i wysokich kosztów własnych na jednostkę produkcji; «byznesmen» Michałowski rozważał, ile da się wyprodukować i sprzedać, ile można w danym czasie uzyskać z zainwestowanego kapitału”[25]. Lubecki stare, zastane układy personalne łamał tworząc własną siatkę najbliższych współpracowników. Wydawać by się mogło, że nic się nie zmienia, gdy jednych ludzi zastępują inni z innego układu. W tym przypadku stało się inaczej.
Michałowski zreformował polskie hutnictwo i górnictwo. Wprowadził sformalizowane rozliczanie pracowników – odtąd płacono wynagrodzenia i premie na podstawie zapisu kwitowego. „ [Michałowski] objął kierownictwo państwowego przemysłu hutniczego w połowie roku 1827. I zaczarował go – telepiąca się machina ruszyła z kopyta. Na czym polegała ta magia? Nasz czarnoksiężnik, jak wspomni jego zastępca, «energią położył koniec kradzieżom i innym nadużyciom»; uporządkował administrację i księgowość (łatwo powiedzieć, co?), całą kampanię stoczył o to, by raporty i rachunki odpowiadały faktom. [...] zlikwidował odwiedziny rodzinne i sąsiedzkie podczas godzin pracy, majstrów zmusił do spędzania całego czasu roboczego w warsztacie, unormował wydajność, uruchomił stałą kontrolę. A przemysł tego czasu wiedział już od Roberta Owena, że pracownik, o którego się dba, lepiej pracuje, budowano więc dla pracowników hutnictwa świętokrzyskiego i dąbrowskiego – domki. I wyniki przyszły”[26].
Michałowski odpowiadając na zarzuty stawiane jemu i Lubeckiemu, a które powtarzał Mochnacki, pisał: „Za mnie dopiero hutnictwo krajowe przybrało postać prawdziwej krajowej administracji i za mnie zaczęła się młodzież krajowa w tej części odznaczać... Że do takiej młodzieży nie przystała zaraza dawnych nadużyciów, że odtąd gorliwość i miłość służby była motorem wszystkich usiłowań, że nie uważano więcej posad jako folwarki i synekury i że się starano o wydoskonalenie służby – to stan, gatunek i ilość wyrobów udowadniają”[27].
Całej działalności i programowi politycznemu Lubeckiego towarzyszyły złudzenia i iluzje, które były obce dworskiej koterii w Petersburgu. Ulubionymi jego powiedzeniami były: „Polska podług konstytucji jest z Rosją połączona, a połączenie to nie na papierze, ale i w dążnościach do jednego celu szukać należy”, oraz: „Szczęście Polaków, a więc i Polski jest, jeśli jedno z Rosją trzymać będziemy”, czy też: „Rosji równie potrzebna Polska, jak Polsce Rosja”[28].
Zarazem stale podkreślał, że Polska musi mieć mocną pozycję wobec swego sąsiada: „Polsce trzech rzeczy trzeba: 1) szkół, tj. oświaty i rozumu, 2) przemysłu i handlu, tj. zamożności i bogactwa, 3) fabryk broni, to posiadając, nawet i w połączeniu z Rosją potrafi całkowicie swą niepodległość utrzymać. [...] Tak, i fabryk broni [...]. Polska powinna mieć wszystko, czego potrzeba do zagwarantowania niepodległości, inaczej wszystko straci. [...] Mam nadzieję, że z czasem przeprowadzić to zdołam”[29]. Tych słów nigdy publicznie nie wypowiadał. Wiedział, że liczącym się partnerem można być tylko wtedy, gdy dysponuje się siłą. Carskie obietnice były jednak iluzją, a Lubecki brał je za coś realnego. Znał wrogość do Polski arystokracji rosyjskiej, ale nie docenił jej wpływów i siły.
Lubecki śledził z uwagą działania Nowosilcowa i jemu przypisywał rosnącą falę niezadowolenia w kraju. Nieustannie toczył walkę z Komisarzem Jej Cesarskiej Mości i domagał się jego odwołania. Dzięki Lubeckiemu w czasie powstania nie zabrakło pieniędzy. Różnił się w poglądach od innych członków Rady Administracyjnej, kiedy wyjeżdżając do Petersburga podkreślał, że nie należy wierzyć tylko w układy, ale że konieczne jest uzbrojenie jak najliczniejszego wojska. Przekonywał, że jeżeli ma pertraktować z carem o Litwę, to powinno się do niej wtargnąć lub zainicjować tam na dużą skalę akcję partyzancką[30].
Lubecki był przekonany, że car Mikołaj nie może pragnąć wojny z Polską, gdyż wojna byłaby upuszczeniem krwi z obydwu rąk cara, jako władcy jednego i drugiego narodu. Łudził się, że tą dialektyką, którą łatwo przekonywał swoich słuchaczy w Warszawie, przekona Mikołaja i rosyjską partię patriotów spod znaku Karamzina.
Dla Mochnackiego Polska była „związkiem społecznym”, gdyż przekładał on organiczne więzi społeczne nad formalno-prawne. Był przekonany o konieczności pluralizmu kulturowego, gdyż każdy naród (dzięki swym odrębnym i pierwotnym uzdolnieniom) jest powołany do realizacji wartości uniwersalnych, które tylko on sam może realizować.
Lubecki utożsamił naród z państwem. Nie wierzył w możliwość jego trwania i rozwoju bez administracji i struktur państwowych.
Mochnacki oddzielał pojęcie państwa i narodu. Dla niego brak państwa nie przekreślał możliwości trwania i rozwoju narodu. Tu tkwi jądro konfliktu pomiędzy romantykiem a „menadżerem”. Inne spojrzenie na naród zniewoliło ich do konstruowania odmiennych systemów politycznych, a przede wszystkim pociągnęło za sobą inne widzenie Rosji i ocenę imperium.
Lubecki dostrzegał siłę narodu w jakości jego uorganizowania państwowego i zasobności budżetu. Mochnacki żądał więcej. Twierdził, że naród to nie tylko to, co znajduje się pomiędzy jego granicami i jest organizowane w państwowych strukturach. Inaczej operując pojęciem narodu, wyprowadzał inne wnioski dotyczące jego siły i sprawności.
 
Romantyczna ekonomia
Czy krytyka Lubeckiego, której dokonał Mochnacki, to wykład o romantycznej ekonomii? Nie do końca, gdyż romantyczni poeci nie rozmawiali i nie pisali o ekonomii. Jednak w słowach Mochnackiego jest przecież wizja ekonomii.
Ekonomia romantyczna musiałaby się cechować minimalnym ingerowaniem państwa w gospodarkę. Po pierwsze, by zapewnić jak największą wolność jednostce, która sama powinna odpowiadać za swoje życie, a więc i za działania gospodarcze. Ponosząc indywidualne ryzyko gospodarowania romantyczny przedsiębiorca działałby z większym pożytkiem dla ogółu: inwestowałby racjonalniej niż rządowy urzędnik, gdyż ryzykowałby własnym majątkiem, musiałby wytwarzać dobre produkty – inaczej przegrałby z konkurencją. Konkurencja wytwórców poszerzałaby pole wyboru konsumentów, którzy przez to stawaliby się bardziej wolni. Brak monopolu i koncesji uniemożliwiłby rozwijanie się korupcji i łapówkarstwa. Po drugie, dlatego, że w kraju chcącym wywalczyć niepodległość wszelkie korzyści wynikające z działalności gospodarczej powinny wzbogacać rodzimych przedsiębiorców i pracujących w ich firmach Polaków.
Mochnacki był przeciwnikiem wysokich ceł na granicach. Opowiadał się za wolnym handlem międzynarodowym, ale niezbyt przychylnie patrzył na zagranicznych inwestorów, którzy z powodu państwowego monopolu i wysokich ceł, wytwarzając w Polsce dowolne produkty i bez trudu je tu sprzedając, dochodzili błyskawicznie do ogromnych dochodów, a zyski wywozili za granicę. Nie wzbogacali polskiej gospodarki i obywateli. W romantycznej ekonomii musiałyby istnieć preferencje dla rodzimych przedsiębiorców, ale w żadnym przypadku nie należałoby ich zwalniać z płacenia podatków i gwarantować im monopolistycznej pozycji na rynku.
Polski nie można by było uzależnić od zagranicznych potęg gospodarczych – prywatnych i państwowych, które, jak ostrzegał Mochnacki, mogą w jednej chwili uciec i pogrążyć kraj w gospodarczym chaosie. Jedynie rodzimi przedsiębiorcy, zakorzenieni w kraju powiązaniami rodzinnymi, gospodarczymi i tradycją mieli gwarantować stabilność gospodarki i szansę na jej pomyślny rozwój. Silna, rozumna i konkurencyjna krajowa gospodarka mogłaby wchodzić w partnerskie, równoprawne kontakty z gospodarkami zagranicznymi. Albowiem tak jak ludzie powinni mieć równe prawa i przywileje, tak samo przedsięwzięcia gospodarcze w różnych krajach powinny mieć równe prawa i przywileje.
Mochnacki uważał, że bez odzyskania niepodległości wszelka działalność gospodarcza musi być ograniczona interesami państw zaborczych. Dlatego postulował, że należy ją podporządkować jednemu celowi: odzyskaniu niepodległości. Dopiero w niepodległym kraju wszelkiego rodzaju przedsiębiorczość mogłaby się rozwijać pomyślnie. Dlatego też twierdził, że do chwili odzyskania niepodległości jest niedopuszczalna sprzedaż narodowych dóbr obcokrajowcom.
W romantycznej ekonomii ważną rolę odgrywała moralność oraz twarde zasady handlowej uczciwości. Każdy nieuczciwy przedsiębiorca musiałby raz na zawsze pożegnać się z możliwością dalszego działania. Ważną rolę odgrywałoby pojęcie zysku, ale nie zysku za wszelką cenę, z każdym i w jakichkolwiek okolicznościach.
Mochnacki wierzył głęboko, że jedynie głęboko moralne postępowanie może przynieść spodziewane korzyści. Był przekonany, że indywidualna gospodarka i wolny rynek, gdy zostanie obwarowany moralnymi zasadami i precyzyjnym prawem tępiącym nieuczciwych urzędników i przedsiębiorców, nie skłoni ludzi do nieustannej pogoni za pieniędzmi, podstępnego niszczenia konkurentów, oceniania bliźnich jedynie na podstawie ich majątku oraz zajmowanej pozycji społecznej.
Działalność gospodarcza budowana na tradycyjnych wartościach moralnych miała nie tylko przysporzyć narodowi bogactwa, ale i uchronić kraj przed handlarzami, fabrykantami, bankierami i urzędnikami nieczułymi na krzywdę i biedę, ślepymi na wartości wspólne całemu narodowi i polską rację stanu.
Przedsiębiorcy budujący bogactwo kraju mieli wzbogacać jego budżet, który im byłby większy, tym lepiej zabezpieczyłby narodowe interesy. Stąd przekonanie, że przedsiębiorcy w równym stopniu odpowiadają za niepodległość, co wojskowi i politycy. Wnikliwej ocenie moralnej, tak jak politycy, podlegaliby przedsiębiorcy oraz osoby sterujące narodową gospodarką.
Każdy przejaw działalności człowieka jest wytworem myśli, która nie jest poddana fatalizmowi natury. Jak pisał Mochnacki, wszystko jest poezją lub nic poezją może nie być, ale pozostaje imperatyw – wszystko służyć powinno jednemu: „uznawaniu się w jestestwie swoim” na drodze do niepodległości i rozwijaniu pomyślności niepodległego kraju. Właśnie do tego ma służyć człowiekowi „promienista istota, w nas utajona, niewidzialna” – myśl i duch ludzki.
W Polsce pod zaborami romantyczna ekonomia poniosła klęskę. Nie miała i nie ma szans, tak jak i jej prekursor, który pisał w liście do ojca: „Ja nie wrócę do Polski, choćby była niepodległa! Najprzód wiem, że ludziom tak uczciwym, jak my jesteśmy, nigdy się tam powodzić nie będzie. Przyjdzie jednak czas i to niezadługo, w którym ziomkowie nasi inaczej nas uważać będą; ale wtenczas staniemy się ostrożniejszymi. Wrócą do Polski ci sami ludzie, którzy ją zgubili, którzy ją zgubią, choć ją Bóg wskrzesi! Tacy tylko są tam uważani, ale nie my. [...] nie będzie żadnej nadziei, żadnej ponęty, która by nas mogła zwabić na ojczystą ziemię, prochy i kości nasze nigdy tam spoczywać nie będą. [...] Tak znam nasz naród, tak znam ludzi, którzy na niego działają i działać mogą. Tak jestem przekonany, że nigdy się w kraju naszym nie zmieni co do politycznego głupstwa, intryg nikczemnych panów i ich służalców. [...] Za granicą nikt mnie nie stara się szkodzić prócz swoich. Cudzoziemcy są moimi braćmi, swoi katami”[31].
 
_________________________________________
I dziś za Mochnackim mogę powtórzyć opinię o ludziach, którzy wpływają na Polaków, o tym, że nic się u nas nie zmieni, co do politycznego głupstwa…
W sporze między Maurycym Mochnackim a księciem Lubeckim można szukać analogii po dziś dzień. Trudno spór rozstrzygnąć. Obaj przeciwnicy mieli swoje racje. Nikt swojego sporu nie wygrał, razem, choć w inny sposób, przegrali.
Obyśmy nadal we wzajemnych sporach, wojnach i waśniach nie marnowali swojej lepszej przyszłości.


[1] M. Mochnacki, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, Łódź 1985, s. 44-46.
[2] Z. Skibiński, Przedmowa wydawcy [w:] Maurycy Mochnacki, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, s. 21.
[3] M. Mochnacki, op. cit., s. 69.
[4] M. Mochnacki, Powstanie narodu polskiego, Warszawa 1984, t. 2, s. 95.
[5] Cytuję za: D. Sidorski, Szalony jasnowidz czyli rzecz o Maurycym Mochnackim, Katowice 1981, s. 171.
[6] Ibidem, s. 177.
[7] M. Mochnacki, Powstanie narodu polskiego, t. 2, s.119-120.
[8] Ibidem, t. 2, s.121.
[9] D. Sidorski, op. cit., s. 186.
[10] M. Mochnacki, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, s. 39.
[11] M. Tymowski, J. Kieniewicz, J. Holzer, Historia Polski, Paryż 1986, s. 225.
[12] Cyt. za: M. Kukiel, Dzieje Polski porozbiorowe 1795-1921, Paryż 1983, część 1, s. 180.
[13] S. Bratkowski, Skąd przychodzimy, Warszawa 1993, s. 146.
[14] S. Smolka, Polityka Lubeckiego, Warszawa 1984, t. 1, s. 182.
[15] M. Mochnacki, Powstanie narodu polskiego, t. 1, s. 179-180.
[16] Ibidem, s. 180.
[17] Ibidem, s. 180-181.
[18] Ibidem, s. 182-183.
[19] Ibidem, s. 182.
[20] Ibidem, s. 193.
[21] Ibidem, s. 195.
[22] Ibidem, s. 207.
[23] Ibidem, s. 207-208.
[24] Por. B. Miciński, O nienawiści, okrucieństwie i abstrakcji [w:] Pisma, Kraków 1970, s. 138-147.
[25] S. Bratkowski, op. cit., s. 143.
[26] Ibidem, s. 147.
[27] Ibidem, s.151.
[28] S. Smolka, Polityka Lubeckiego, t. 1, ss. 266, 267 i 268.
[29] Ibidem, s. 182-183.
[30] Sz. Askenazy, Senat Rewolucyjny [w:] Nowe wczasy, s. 292-293. Askenazy przytoczył mowę Lelewela z 25 stycznia 1831 roku, w której Lelewel streścił poglądy Lubeckiego.
[31] Cyt. za: D. Sidorski, op. cit., s. 271

"W gwałtownych przemianach społecznych grozi zawsze niebezpieczeństwo i pokusa nadmiernego skupiania się na rozgrywkach personalnych. [...] Nie idzie o to, aby wymieniać ludzi, tylko o to, aby ludzie się odmienili, aby byli inni, aby, powiem drastycznie, jedna klika złodziei nie wydarła kluczy od kasy państwowej innej klice złodziei". Prymas kardynał Stefan Wyszyński, słowa do delegacji "Solidarności" Warszawa, 06.09.1980 r. __________________________________________________ O doborze reklam na moim blogu decyduje właściciel salonu24 Igor Janke. Nie podobają mi się, ale nie mam na nie wpływu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Kultura