4 obserwujących
152 notki
81k odsłon
168 odsłon

Polskie NGO jako porażka społeczeństwa obywatelskiego

Wykop Skomentuj3

Kiedy zaczynałem moją przygodę z socjologią wszyscy polscy uczeni wskazywali na rozpaczliwie niski poziom zaangażowania społecznego. Mądrzy ludzie pochylili się nad problemem, pojawiły się rożne programy wsparcia, pojawiły się pieniądze i zaczęły się poprawiać statystyki. 

 

Osobiście zaangażowałem się w różne obywatelskie działania związane ze spółdzielczością, udało mi się nawet z grupą przyjaciół zarejestrować stowarzyszenie, ale w statucie zastrzegliśmy że nie będziemy używać kapitału ekonomicznego, czyli pieniędzy. Postawiliśmy na kapitał społeczny, kulturowy i ideowy. 

 

 

Kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, widzę że byłem dziwolągiem. Od czasu wstąpienia do UE Polskie NGO-sy otrzymują dużą kasę. Organizacje powstają jak grzyby po deszczu. Niestety, w zamyśle idealistów organizacje miały stanowić przeciwwagę dla biurokratycznego skostnienia, bezwładu, korupcji i nepotyzmu. W rzeczywistości stały się przedłużeniem biurokracji, źródłem łatwych pieniędzy, marnotrawstwa i zwykłego złodziejstwa. 

 

 

Słynny jest przypadek Jerzego Owsiaka i jego fundacji, to taki sztandarowy przykład cwaniactwa wspieranego przez frajerów. Ostatnio sporo pisano też o „Szlachetnej Paczce” Stowarzyszenia „Wiosna”, tam akurat chodziło o mobing.  Niestety, te przykłady to tylko drobny fragment problemu, który poznałem dosyć dobrze. Kiedyś trafiłem na szkolenie dla NGO-sów i była między innymi mowa o pozyskiwaniu środków. Prowadzący namawiał do tego, żeby zatrudnić fundraisera i podał przykład dobroczynnej organizacji, która pozyskuje naprawdę duże pieniądze na pomoc. Zatrudnili fachowca od pozyskiwania, on bierze 10 – 20 procent i obu stronom się opłaca.  

 

 

W trakcie pewnego projektu NGO zaplanowano różne działania i na koniec miało być uroczyste zakończenie. Ktoś pomylił się o jedną cyfrę i zamiast kilku tysięcy wyszło kilkadziesiąt. Zakończeniem projektu był wystawny bankiet w hotelu „Mariot” i największym problemem organizatorów było czy wybrać kotleciki z delfina czy ze strusia.  

 

 

Kilkanaście lat temu tak nie było. Ludzie mieli pewne instynktowne opory przed sięganiem po publiczne pieniądze. Wtedy jednak do akcji wkroczyli specjaliści od propagandy. Przez całą Polskę przetoczyła się fala szkoleń na temat pozyskiwania, wartości własnej pracy, poczucia wartości. Przekazywano motywacyjną wiedzę amerykańskich mówców, opartą o techniki NLP, kreowania wizerunku i spełnianiu marzeń. Na tych szkoleniach podstawową tezą było przekonanie słuchaczy ze są tego warci. 

 

 

Majstersztykiem wizerunkowym było wprowadzenie pojęcia „Ekonomia Społeczna”. Stworzono „Manifest Ekonomii Społecznej”, który pierwszy raz został zaprezentowany na konferencji w Gdańsku, w czerwcu 2008 roku w obecności Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiegi i Leszka Balcerowicza. Muszę przyznać że sam dałem się oszukać.  

 

 

W zasadzie cała ta propagandowa otoczka była zupełnie niepotrzebna, bo od prawie dwustu lat istniała spółdzielczość, system znacznie prostszy, lepszy i skuteczniejszy. Do Polski miała przypłynąć wielka fala unijnych pieniędzy, jeśli spółdzielnie będą działały samodzielnie, biurokraci stracą cały wpływ. Jeśli się rozwiną, będzie to tragedią dla takich ludzi. 

 

 

Powstała w 1848 roku dotychczas działająca spółdzielnia miała proste zasady. Spółdzielcy sami się organizowali i sami kontrolowali. Słabością było to, że gdy nadmiernie się rozrastała, była trudna do rzetelnego skontrolowania. Ale ten problem mógłby zostać rozwiązany, gdyby ktoś chciał go rozwiązać, zwłaszcza przy użyciu współczesnych narzędzi. Kiedy jednak porównałem deklaracje ideowe z rzeczywistym funkcjonowaniem, okazało się że powstające z biurokratycznego nadania twory były organizacjami stworzonymi do bezkarnego okradania. Połowa pieniędzy na spółdzielczość została przeznaczona dla popleczników biurokracji, ci trwonili pieniądze na jakieś bzdurne wyjazdy do luksusowych miejsc i szkolenia na których opowiadano o wszystkim ale zapominano o kluczowej informacji. Spółdzielnie i ich zarządy muszą być bardziej  uczciwe niż wszystko dokoła i dopiero wtedy zaczną mieć sens. 

 

 

Kiedy okradziono moją spółdzielnię na kwotę 400 tysięcy, byłem pewny że to jakiś oburzający skandal i sprawa szybko się wyjaśni, winni trafią do więzienia, program zacznie prawidłowo funkcjonować. Okazuje się że jeszcze nikt nigdy nie został ukarany za przestępstwo związane z tworzeniem spółdzielni socjalnej z dotacji. 

 

 

W sprawie fundacji mamy podobną sytuację, jeden z przykładów to opisana przez blogera „Matka Kurka” instytucja Jerzego Owsiaka. W Rzeszowie podobna sprawa dotyczy Fundacji „Nowe Życie Rzeszów” gdzie prywatna osoba otrzymała od państwa nieruchomość w centrum wartą kilkanaście milionów i prowadzi sobie od dawna działalność gospodarczą nie prowadząc żadnej działalności statutowej. Wszyscy o tym wiedzą a sądy nie mogą nic zrobić, miasto nie chce. 

 

 

Ludzie którzy dowiadują się o wszelkich tego rodzaju patologiach dokonują szybkiej racjonalizacji. Wmawiają sobie że na pewno ktoś nad tym czuwa, sytuacja jest pod kontrolą, służby badają i gdyby było coś nie tak to by zareagowały. W ostateczności są dziennikarze, to ostatnia linia praworządności, oni będą walczyć o prawdę jak lwy. Ta racjonalizacja to tylko zasłona, która ma wprawić w dobre samopoczucie, przykrywa jednak niekompetencję, złodziejstwo i zwykłe dziadostwo. 

 

 

Prawdopodobnie myślicie Państwo że oszalałem pisząc o tym, co jest powszechnie znane, ale pisać i mówić nie wypada. Pamiętajmy jednak o tym, że wśród NGO-sów istnieją organizacje uczciwie robiące swoją robotę. Urzędnicy i funkcjonariusze przymykając oczy na plewy dewaluują wartość ziarna. To jednak nie jest najgorsze. 

 

 

Spójrzmy na to od strony decydentów. Ludzie którzy współcześnie zarządzają Polską na szczeblu lokalnym zwykle dobrze widzieli co się działo przez ostatnie ćwierćwiecze. Możliwe też że sami skorzystali z możliwości bezkarnego rozkradania majątku publicznego. Oni są przekonani że w ten sposób zmywają swoje winy. Skoro ja kradłem albo przymykałem oko na to jak kradli kumple, teraz trochę się zrehabilituję i przymknę oko na to że kradnie jakiś obcy bliźni. Z powodu czegoś co jest w ich mniemaniu słuszne, tworzą z idei chrześcijańskiej miłości bliźniego jakąś  żałosną parodię. 

 

 

Smutne jest to, że nas wszystkich chcą mierzyć własną miarą. Chcą nam pomagać stawać się takimi jak oni i robią to w dobrej wierze. Oni są naprawdę życzliwi, oni wierzą że tak funkcjonuje świat i że jest to najlepszy z możliwych sposobów postępowania. Nie dziwcie się więc Państwo wynikami wyborów w dużych miastach. Skąd oni mogą wiedzieć że można inaczej?

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo