11 obserwujących
204 notki
139k odsłon
  1367   0

Narracja historyczna epoki gierkowskiej

Różnica między Bogiem a historykami polega głównie na tym, że Bóg nie może zmieniać przeszłości.

A jak to było za Gierka? To znaczy w latach 70-tych. Ponieważ nie jestem historykiem, nie będę pisał o historii. Opiszę natomiast, jakie elementy związane z historią pojawiały się w przestrzeni kulturowej tamtych czasów, ze szczególnym uwzględnieniem działalności skierowanej do dzieci, co wydaje się naturalne, jeśli wziąć pod uwagę mój wiek. Ponieważ relacjonuję tylko własne doświadczenia, nie dotykam w żaden sposób narracji jaką w PRL można było spotkać w latach 60-tych, 50tych, czy 40-tych.

Nasz rodowód, nasz początek
Hen, od Piasta, Kraka, Lecha

PRL miał być spadkobierczynią Polski piastowskiej, dzięki czemu perspektywa czasowa naszego państwa sięgała tysiąca lat. Godnie. Akurat uroczystości rocznicy chrztu w 966 mnie ominęły, więc nie zreferuję jak fetowano tę rocznicę (m.in. szkoły tysiąclatki). Ale i dekadę później zdarzały się okrągłe rocznice powstania miast, nieco tylko młodszych od Kalisza czy Gniezna.

Polska Piastów dawała kilka argumentów propagandystom. Po pierwsze: orzeł piastowski nie miał korony. Więc PRLowski orzeł bez korony nie stanowił dziwadła, ale nawiązywał do najbardziej historycznej historii. Po drugie: terytorium Polski powojennej było niezwykle podobne do obszaru, jakim rządził Bolesław Chrobry, więc dawało to historyczne uzasadnienie zarówno dla pozyskania Ziem Odzyskanych jak i utracenia Kresów. Po trzecie: podkreślanie ludowego pochodzenia Piasta Kołodzieja w legendzie (nie historii), zgrabnie wprowadzało pierwiastek „ludowości”.

Skoro jednak o „ludowości” mowa: Nie było zbyt wielu postaci, które były z ludu, a pojawiły się na kartach podręczników czy popularnych książek dla dzieci o zacięciu historycznym – Bartosz Głowacki i Michał Drzymała należą do wyjątków. Nawet jak dołączymy do nich wójta ze słynnego wiersza Mikołaja Reja, to wciąż jest ich niewielu, jak na 1000 lat historii. Byłbym zapomniał! Jest jeszcze Janosik!

(...) zszlachcić naród cały

Podręcznikowa historia Polski, to historia wojen, królów i hetmanów. Popkutura nie stroniła od tego obrazu. Najpopularniejsze dzieło tamtych czasów czyli filmowy „Potop”, każe nam podziwiać niezbyt mądrego szlachcica, mordercę spod którego ręki zginęło wielu niewinnych ludzi, koniec końców walczącego o wolność Ojczyzny. Wiem, wiem – tego nie wymyślił Hofmann, ale Sienkiewicz. Kto by to nie był, serce nam rosło, gdy widzieliśmy, jak Kmicic napychał armatę i mruczał „Naści piesku kiełbasy”.

Nie da się ukryć, że dzieje Polski aż do czasów insurekcji kościuszkowskiej oglądaliśmy oczami szlachty. Wróg, jeśli się pojawiał, był z zewnątrz. Szwedzi z potopu, Turcy w Kamieńcu Podolskim, w końcu zaborcy. Obrazy XIX wieku uraczyły nas dodatkowo dość ładnymi obrazkami nieszlacheckich środowisk – mieszczaństwo w „Lalce”, wolni chłopi w „Chłopach”, rodzina zarządcy w „Nocach i dniach”. I tylko Wajda odważył się przy okazji „Ziemi obiecanej” odsłonić na chwilę kolorową zasłonę i pokazać dziwny gatunek podludzi, czy to stojących w kolejce po miskę zupy, czy rozrywanych przez maszyny tkackie. Nie popełni już jednak tego „błędu” w historycznym (miejscami bardzo dobrym) serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”, w którym „zaciążona” służąca okazuje się zwykłą cwaniarą, a nie tam żadną ofiarą.

Danie główne: Kochanowski, „Pan Tadeusz”, trylogia Sienkiewicza, trójka wielkich wieszczów romantyzmu. Dodatki mile widziane, ale pod warunkiem braku konfliktów z daniem głównym.

Jeden tylko, jeden cud:
Z Szlachtą polską – polski Lud

Teza jaka wynikała z tego pięknego obrazka była następująca: Polacy to jeden naród. Czy to chłopi czy szlachta czy jeszcze kto inny. Stracili niepodległość, bo niektórzy z nich – tu wina skupiała się przede wszystkim na magnatach – nie wykazali się wystarczającym patriotyzmem i nasz kraj zniknął z mapy na jakiś czas. Proste? Proste. Polacy – naród ludowy z nazwy, szlachecki z kultury – w końcu jednak zwyciężyli, bo stanowili jedność.

O sukcesie tego podejścia niech świadczy fakt, że gdy przerabiałem w szkole „Wesele”, to nie widziałem w nim nic takiego, co mogłoby wywołać ferment, jaki w swoim czasie wywołało. Jaka jest fabuła dramatu? Ano jesteśmy świadkami tytułowego wesela – chłopka wychodzi za mąż za inteligenta. No i co w tym takiego wyjątkowego? Na weselu mamy i chłopów i panów, po prostu dwa różne środowiska, ale oba z jednego narodu.

A przecież nie chodzi o to, że Wyspiański chciał opisać nieco karykaturalne małżeństwo, będące skutkiem mody na chłopomanię panującej w Krakowie i okolicach. Przedstawiał dwa obce sobie, a do niedawna wręcz wrogie narody – panów i chamów. Obcość obu grup była niezwykle trwale ugruntowana – budowała się przez kilka stuleci i dlatego jego sztuka tak rezonowała. W latach 70-tych ten sam dramat, widziany przez pryzmat proponowanej ówczesnej wizji historii, wyglądał jak opis mezaliansu, okraszony serią barwnych i efektownych złotych myśli w rodzaju: „A to Polska właśnie”, „Nie poleci orzeł w gówna” czy „Cóż tam panie w polityce?”

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo