13 obserwujących
23 notki
137k odsłon
5861 odsłon

Jeszcze raz o oświacie

Wykop Skomentuj92

Jestem rozczarowana. Moje rozczarowanie dotyczy polityki PiS, do którego elektoratu należę, kompletnym brakiem zainteresowania sprawami oświaty, zrozumienia, że „takie będą Rzeczypospolite…”, zaniechania wszelkich reform, brnięcia w politykę unifikacji i równania do średniej – i uczniów, i nauczycieli. W 2015 roku, świadoma, że są rzeczy bardziej pilne – gospodarka, polityka społeczna, bezpieczeństwo państwa – spokojnie czekałam aż przyjdzie kolej na mój resort. Nie przyszła. Nie wykorzystano szansy na kompleksowe zmiany podczas likwidacji gimnazjów i szumnie zapowiadanej reformy minister Zalewskiej. W zasadzie nie zmieniło się nic. Nie zmienia się nic i dzisiaj, kiedy z powodzeniem można by wykorzystać uwarunkowania nauczania spowodowane pandemią do systemowych przekształceń oświaty. Zapowiadane zaś połączenie resortu szkolnictwa ze szkolnictwem wyższym, kulturą i sportem to gwóźdź do trumny dla polskich szkół, realnego poziomu kształcenia i wyksztalcenia, poziomu wiedzy i umiejętności społeczeństwa, czy przygotowania do dorosłego życia dzieci.

Nie zaskoczyły mnie wyniki tegorocznych matur. Dały obraz stanu oświaty w naszym kraju, poziomu nauczania i braku jakichkolwiek systemowych rozwiązań tego coraz bardziej palącego problemu. Co więcej, przewiduję, że będzie coraz gorzej i jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że do emerytury zostało mi 8 lat, a ewentualne przyszłe wnuki będzie kto miał dokształcić w rodzinie – jak się szczęśliwie złożyło – z każdego przedmiotu. Upadek szkolnictwa zapoczątkowany reformą Handkego trwa od 21 lat, zatem nic dziwnego, że oświata jest w takim stanie, w jakim jest. Bez jej gruntownej przebudowy nie będzie lepiej, zaś wprowadzane niby-reformy przyrównać można do przysłowiowego pudrowania objawów choroby francuskiej. Mało tego, wszyscy zaczynamy sobie powoli przywykać do trwającego stanu rzeczy. Rodzice narzekają na nauczycieli, nauczyciele na rodziców, kolejne władze robią wszystko, żeby te środowiska zantagonizować i zarządzać przez konflikt. Konsekwencje, jak to zazwyczaj bywa, ponoszą najsłabsi i najbardziej bezbronni – uczniowie.

Za największą winę obecnego systemu edukacji uważam wspomnianą już unifikację i standaryzację kształcenia. Całkowite odejście od indywidualizacji, wdrażania autorskich pomysłów i programów nauczycieli na rzecz udawania, że się je wdraża, wymogów „uśredniania” siebie i uczniów oraz duszenia w zarodku każdej innowacji koniecznością opatrzenia jej taką ilością biurokratycznych planów, projektów, ewaluacji, sprawozdań, dzienników i monitorowania, że na rzetelne nauczanie zwyczajnie nie starcza czasu. Do tego doszły ogólnopaństwowe egzaminy ósmoklasisty i matury, którymi zastąpiono autorskie dla każdej szkoły ponadpodstawowej i każdej uczelni systemy rekrutacji, które wymusiły nauczanie polegające na przygotowywaniu do zdawania testów. Powszechny wymóg kształcenia ustawicznego nauczycieli wygenerował niezliczone ilości nic niewartych kursów, po których zyskuje się jedynie świadectwo ich ukończenia, żadnej zaś wiedzy czy umiejętności. Tyle samo warte, co szkoły elementarne, uczelnie, nie przygotowują do zawodu nauczycieli, a jedynie udają, że to robią. Wszędzie chodzi bowiem o papier, gdyż wiadomo, że im więcej papieru, tym czystsza tylna część ciała.

Nauczyciele nabywają umiejętności w praktyce, nierzadko wyważając otwarte drzwi, a coraz bardziej sfrustrowani absurdalnymi obowiązkami biurokratycznymi oraz rolą „chłopca do bicia” dla rodziców i dyrektora, mają coraz mniejszą ochotę na dążenie do tego, żeby pracować lepiej. Poziom tej frustracji zresztą genialnie udało się wykorzystać w zeszłym roku opozycji pod sztandarem przewodniczącego Broniarza, a oszukani kolejny raz przez cwanych polityków walczących z rządem nauczyciele zostali jak Himilsbach z angielskim ze swoją opinią roszczeniowych nierobów. Kto mógł, przed pandemią jeszcze zmienił pracę. W szkołach została garstka ideowców i rzesza tych, którym wszystko jedno. Zresztą, mogłabym się kazać posadzić na trójnogu i okadzić, bo od samego początku próbowałam przekonywać wszystkich kolegów, że taki będzie właśnie efekt strajku.

W szkołach jest i będzie niski poziom. Z wielu powodów. Jeden z najistotniejszych to fakt, że odpowiedzialni za tworzenie podstawy programowej, kształcenie nauczycieli i zarządzanie oświatą nie biorą pod uwagę jednej z najpoważniejszych zmian, jaka zaszła w ciągu ostatnich 20 lat. Mające nieomalże od początku życia kontakt z nowoczesnymi mediami i technologiami dzieci mają zupełnie inaczej ukształtowany mózg i sieć połączeń neuronowych niż ich rówieśnicy dwie dekady wcześniej. Wymagają innych metod nauczania i innego systemu motywacji. Najbardziej zaś nawet atrakcyjne metody nauczania nie będą miały najmniejszego sensu, jeśli nie będą oparte na założeniach neurodydaktyki, a dzieci nie zostaną wdrożone do samodzielnego uczenia się. O tym, że nie potrafią tego robić, świadczą chociażby relacje zmęczonych zdalnym nauczaniem rodziców, mających żal o to, że musieli przejąć obowiązki szkoły.

Wykop Skomentuj92
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo