Z rzadka zdarza mi się patrzeć w szklane pudełko, ale z okazji naszej wielkiej rocznicy spróbowałem. Wiadomo, prezydent, premier, rocznicowe paplanie i rutualne szczekanie na siebie. Pośród tego zaplątała się mała, zielona i bardzo blond blondynka, która w imieniu GreenPacanów protestowała.
W sumie mało zaskakujące, okazja świetna żeby pokłapać paszczą, powspinać się na linach i w ogóle mieć frajdę, a do tego być w telewizji. Hasło idiotyczne: żeby premier poleciał na szczyt klimatyczny. Nie bardzo rozumiem jak to pomoże przyrodzie - kwiatki w Warszawie ładniej rosną bez Donalda?. Takiej bzdury to by chyba nawet Kaczory nie wymyśliły.
No ale ja podłubię paluchem głębiej: niech se już Donek pojedzie (może szczyt zróbmy w Peru?), podwyższy opłaty za tę nieszczęsną emisyję to co? Ciekaw jestem czy pani ekolog i jej kumple wpadli przypadkiem na pomysł że to w praktyce raczej globalnej emisji nie zmniejszy. Tylko spowoduje przeniesienie źródła emisji do krajów, które nie podpisały ograniczeń. Przeniesienie fabryki samochodów do naszych żółtych przyjaciół to trzy do sześciu miesięcy i już. A oni ograniczenia emisji hmm... ignorują. A ponieważ ignorują również inne problemy ochrony kwiatków i sarenek, to w efekcie ta sama fabryka (i elektrownia ją napędzająca) wywali w powietrze 2-3 razy więcej świństw wszelakich. Ot, greenpacany w działaniu.
Blondie teoretycznie popiskuje o ociepleniu globalnym. A globalnie protokół z Kioto i kolejne wynalazki z Bali (czy innej miednicy) wyjdą co najwyżej na zero. Co ubędzie w stanach pojawi się w Indiach i Brazylii. Pewnie z naddatkiem. Ale za to blondie jest w telewizji.
51
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze