Dziś mały artykulik w Wyborczej, który kiedyś strasznie byśmy przeżywali: szkoła w Antwerpii zakazała noszenia muzułmańskich chust. Po aferach we Francji, nożownikach w Holandii i permanentnym niemiecko-tureckim konflikcie w Berlinie dziś nikt już takich problemów nie zauważa.
Sprawę da się strywializować do stwierdzeń o islamskim zagrożeniu i wrzucić do jednego wora z wszystkimi problemami, ale ja chcę zwrócić uwagę na inny aspekt. Otóż wydaje mi się, że właśnie obserwujemy kres bajek o wielokulturowości. Przez ostatnich kilkanaście lat sprzedaje się nam (często dosłownie, jak w potwornie przesładzanych starych reklamach pepsi) obrazek społeczeństwa, gdzie wszyscy razem trzymamy się za ręce, biali i czarni, muzułmanie i żydzi, katolicy i buddyści. Normalnie jak ze 'Strażnicy', lew i jagnię obok siebie wcinają sałatę. Społeczeństwo powszechnej tolerancji i szczęścia miało, zbudowane na gruzach inkwizycyjnej Europy, stać się utopijną przyszłością narodów.
Idea jest w jakimś stopniu fajna, i wyrosło z niej wiele pozytywów - prawa człowieka, jakaś równość wobec prawa i generalnie fundamenty współczesnych społeczeństw. Niestety, wygląda na to że krok dalej nie da rady się posunąć - doszliśmy do ściany.
Taki pomysł na społeczeństwo - niestety - jest do bani, bo nie jest stabilny. Wystarczy jedna grupa, która nie uznaje zasad wspólnego pożycia i szacunku (w imię swojej kultury) i wszystko się wali. Tak jak komunizm nie odpowiadał na pytanie o to, co zrobić z ludźmi, którzy nie pracują 'w miarę możliwości' (albo inaczej: dawał odpowiedź niesatysfakcjonującą), tak multikulturowość nie odpowiada na pytanie co zrobić z kulturami, które gdzieś mają szczytne idee i uważają się za najlepsze.
Problem z imigrantami doskonale pokazuje słabość koncepcji. Nie są temu winni muzułmanie - oni tylko wskazali nam lukę, ale poradzić sobie musimy sami. Bo łamanie ich przemocą i zakazami - takimi jak zakaz noszenia chust w szkole, to naruszanie dogmatów o równości kultur (co komu przeszkadza chusta). I kiedy odmawiamy im prawa do wyznawania swojej wiary/kultury, nazywania złem tego co wierzą że jest złem i nakazujemy myśleć tak jak my, to cały koncept idzie w diabły. Lew, owszem wcina sałatę, ale poza tym ma związane łapy i kaganiec w mordzie.
A jeśli pozwalamy im na wszystko to tworzymy zamknięte getta, konflikty i terroryzm. Narasta napięcie, rozładowujące się podpalaniem samochodów i małymi dżihadami, jak ten przeciw dyrektorce szkoły ze wspomnianego artykułu. Co więcej grozi to potwornie nieprzyjemnymi konsekwencjami, kiedy zmęczeni tym ludzie oleją polityczną poprawność i pójdą za jakimś świrem, który zaproponuje więzienia i obozy jako rozwiązanie problemu.
Ja nie wiem co dalej. Może wy wiecie.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)