lubicz & rosemann lubicz & rosemann
129
BLOG

Tank Man, Tian'anmen, 1989r. (dwie noce, dwa dni)

lubicz & rosemann lubicz & rosemann Polityka Obserwuj notkę 28

W dniu w którym Polacy przystępowali do pierwszych (prawie) demokratycznych wyborów w oddalonym o 7 000 km Pekinie, ekipy porządkowe i specjalne oddziały Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczejprzystąpiły douprzątania śladów nocnej masakry a chińska bezpieka (Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego ChRL) rozpoczynała polowanie na organizatorów studenckich demonstracji na placu przy Bramie Niebiańskiego Spokoju (Tiān'ānmén).  

Protesty na placu Tian'anmen rozpoczeły się już w połowie kwietna 1989 roku. Od 17 kwietnia czyli od pierwszej wielkiej manifestacji studentów ku czci zmarłego dwa dni wcześniej i uważanego za zwolennika reform politycznych w Chinach, sekretarza generalnego KPCh Hu Yaobanga, na placu zbierały się stale coraz większe i coraz bardziej radykalne ale POKOJOWE w przebiegu demonstracje.  

Kryzys zaognił się w drugiej połowie maja i był zwiazany z wizytą Michaiła Gorbaczowa w Chinach. Już 13 maja pierwszych 400 studentów pod przywództwem Chai Linga postanowiło zacząć strajk głodowy aby tym samym skłonić kierownictwo KPCh do rozmów. Tego samego dnia rozpoczeła się też trwała okupacja placu przez manifestantów. Na placu powstało prawdziwe miasto z namiotów z własną służbą zdrowia, służbami porządkowymi, kuchniami, sanitariatami a nawet z własną drukarnią. Do studentów dołączyli pekińscy robotnicy. Zawiązano pierwszy niezależny związek zawodowy na wzór ... NSZZ Solidarność (tak, tak). 17 maja liczba manifestujacych na placu i okolicznych ulicach przekroczyła milion osób. Protestujący żądali rozpoczęcia reform politycznych, demokratyzacji życia publicznego oraz rozprawy z narastającą korupcją. Nowy sekretarz generalny KPCh, Zhao Ziyang gotów był do rozmów, lecz w KPCh wygrała popierana przez najbardziej ortodoksyjnych polityków opcja siłowego rozwiązania sprawy. Rozwiązanie takie poparł także faktyczny przywódca ówczesnych Chin Deng Xiaoping.

19 maja, za plecami pertraktującego ze studentami Zhao Ziyanga, odbyło się tajne spotkanie przwódców partyjnych z premierem Chin Li Pengiem, władzami Pekinu i chinską generalicją. O godzinie 22 czasu pekińskiego, premier Li Peng w nadzwyczajnym programie telewizyjnym ogłosil, że rząd podejmie wszelkie kroki aby jak najszybciej zaprowadzic spokój i będzie wszelkimi środkami bronić wiodącej roli partii i socjalizmu. Równocześnie ogłosił wprowadzenie stanu wyjątkowego z dniem 20 maja.  

Mimo zarządzenia stanu wyjatkowego do Pekinu przybywały codziennie tysiące studentów i robotników z prowincji. Razem z cywilną ludnościa Pekinu blokowali oni wszystkie drogi wokól placu, niedopuszczając do niego oddziałów wojska i policji. Na placu panowała atmosfera ludowego festynu a na poboczach dochodziło do fraternizacji ludnosci cywilnej z żołnierzami. Część bardziej ugodowych studentów postanowiła zakończyć glodówkę i powoli zaczeli opuszczać plac. 30 maja na placu ustawiono dwunastometrowy pomnik „Bogini Demokracji“. Dokładnie vis’a’vis portretu Mao na murze okalającym Zakazane Miasto. Sytuacja zmienila sie jednak radykalnie w pierwszych dniach czerwca po zakończonym fiaskiem spotkaniu przwódców studenckich z premierem Li Pengiem.  

Pierwszy atak wojska nastapił w nocy z drugiego na trzeciego kwietnia. Poza małymi incydentami nie doszło jednak do rozlewu krwi i wojsko wycofalo się na przedmieścia. Ta akcja, jak również towarzysząca jej maszyneria propagandowa spowodowała, że ugodowa część demontrantów powróciła na Plac Niebiańskiego Spokoju.  

Wieczorem 3 czerwca, w kierunku sródmieścia Pekinu ruszyły, pod osłoną czołgów, uzbrojone po zęby oddziały doborowej 27 Armii. Żołnierze uzbrojeni byli nie tylko w bron maszynową z ostrą amunicją ale i w nabijane gwoździami drewniane pałki. O godzinie 21, w okolicach stacji metra Gongzhufen zatrzymala ich wzniesiona przez mieszkanców barykada. W odpowiedzi na kamienie żołnierze odpowiedzieli strzelając w tłum seriami z karabinów maszynowych. Rozpętało się dantejskie inferno. Po ciężkich walkach ulicznych, z tysiącami zabitych i rannych, pierwsze odziały dotarły dopiero o północy na Plac Tian'anmin i otworzyły ogień do około 5 tysięcy pozostałych na nim studentów. Tylko dzięki dyplomatycznemu talentowi studenckiego przywódcy Hou Dejiana nie doszło do następnej masakry. Na samym placu zginelo bowiem „tylko“ około stu demonstrantów. O godzinie 5 nad ranem ostatni studenci opuścili plac. Tego samego dnia telewizja chińska nadała oficjalny komunikat, że pokojowo nastawieni żołnierze zaatakowani zostali przez studentów ale mimo strat w ludziach i sprzęcie bohatersko zaprowadzili porządek.  

Według nieoficjalnych danych liczbę zabitych w czasie masakry szacuje się na ok. 3 tysiecy zabitych i około 10 tysięcy rannych. Według oficjalnych danych władz chińskich było jednak tylko 300 ofiar śmiertelnych i 7 tysiecy rannych cywilistów i żołnierzy.   Zaraz po zajściach władze aresztowały ponad 2,5 tys. osób, głównie przywódców i najbardziej aktywnych uczestników demonstracji, z których wielu skazano na karę śmierci. Oficjalnie wiadomo o 49 wykonanych egzekucjach. Ponad trzydziestu skazanych przebywa nadal w więzieniu. Tysiące studentów zmuszono do przymusowej emigracji. Zhao Ziyang został pozbawiony wszelkich stanowisk i skazany na dożywotni areszt domowy (zmarl w 2005r).  

Sporadyczne akcje protestacyjne z wieloma dalszymi ofiarami trwały jeszcze przez dwa następne dni. Właśnie 5 czerwca doszło do wydarzenia, które dla wielu jest symbolem tych dni i jednym z najwspanialszych przykładów odwagi cywilnej. Nieznany z nazwiska młody czlowiek (nazwany później przez media "Tank Manem") ze stoickim spokojem zatrzymał własnym ciałem kolmnę jadących czołgów.  

Dlaczego postanowiłem napisać dzisiaj nie o Polsce tylko własnie o Tank Manie i o Tian'anmenie? Chetnie chciałbym sparafrazować znane powiedzenie i powiedzieć że czasami warto poznać cudze aby móc docenić własne. Prawda bywa jednak bardziej trywialna. W 1989 siedziałem już od trzech lat w Austrii, internetu jeszcze nie miałem, satelity też nie a polskich gazet tyle co kot napłakał (Samasłodycz przysyłała raz na tydzien Politykę). Austriackie media polskimi wyborami raczej mało się podniecały a Tian'anmen i tak przesłonił wszystko. Może właśnie dlatego z czerwca 1989 w pamieci pozostały mi głównie te zmiażdżone czołgowymi gąsienicami resztki zwłok obok wgniecionych w asfalt rowerów i ten straceńczo odważny młody człowiek z siatką na zakupy w ręku. Przypadkowy przechodzień (?) który powodowany naturalnym ludzkim umiłowaniem wolności, w odruchu cywilnego nieposłuszeństwa i z pogardą dla niechybnej śmierci wyszedl przed jadące czołgi. Nikt nie zna jego nazwiska ani też jego późniejszych losów. Były doradca (od spraw chińskich) prezydenta Nixona, Herschensohn, twierdził, że został on zatrzymany i w końcu czerwca stracony podczas masowych egzekucji.   

Cześć jego pamięci!  

Jerzy T. Czaplicki / Lubicz

 

 
 
 
Właściwie powinienem chyba wstydzić się swoich wspomnień dotyczących zarówno naszego 4 czerwca jak i tego, co stało się w Pekinie. Bo w obu przypadkach moja pamięć w pierwszej chwili ignoruje zarówno tragedię tysięcy jak i radość milionów a skupia się na pojedynczych osobach. I na moich indywidualnych emocjach. Czy to źle? Nie wiem. W końcu nikt nie może mi nakazać współmyśeć z milionami i z nimi współwspominać. I zgodnie z moim prawem do odrębności oba wydarzenia pamiętam inaczej.
Mój 4 czerwca 1989 zaczął się kilka dni wcześniej czymś, co wtedy i dziś wzdrygam się nazwać zdradą przyjaciół choć inni tak to widzieli. Dowiedzieliśmy się, że „strona społeczna” (czasem tak nazywano wówczas środowisko Komitetów Obywatelskich) zdecydowała nie naciskać na „stronę rządową” (siły reżymu) w sprawie uznania Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Czyli nas. To był dla nas cios bo, nieco megalomańsko, uważaliśmy się wtedy za trzeci, obok Solidarności i Solidarności rolniczej, równorzędny element owej „strony społecznej”  Wtedy na uczelniach zaczęły się strajki. Nie „kombatancę” bo one miały, przynajmniej za dnia, formę festynów połączonych z akcją plakatowania i rozdawania ulotek KO. Ale coś zazgrzytało. Pamiętam jak szef Solidarności w regionie wezwał grupę z NZS najbardziej zaangażowaną w akcję wyborczą. On rozmawiał z nami spokojnie, argumentując potrzebą drobnych kroczków. Jego „prawa ręka” , późniejsza poseł i senator, taka miła nie była. Siedziała najpierw z zaciśniętymi zębami a później wykrzyczała nas od sabotujących kruche porozumienie gówniarzy. Wróciliśmy na strajk z przekonaniem, ze jeśli władza zechce jednak pójść na wymianę ciosów to najłatwiej jej będzie zacząć od spacyfikowania nas na uczelniach. Bo nas nikt by nie bronił. Tak wtedy to widzieliśmy. Więc nocami… nocami, nie przyznając się innym, każdy się trochę bał.
A do mnie na strajk przyszła, nie angażująca się nigdy wcześniej w cokolwiek choćby odrobinę politycznego, moja wielka miłość z tamtych czasów. Miłość trudna i właściwie chyba nigdy nie odwzajemniona. Ale wtedy przyszła i została i całą noc siedzieliśmy gdzieś na schodach, schowani przed innymi (jak inne podobne nam pary) przytulając się. A 3 czerwca części nas polecono wracać do akademików bo KO chciał w nocy z 3 na 4 jeszcze wysłać ekipy do plakatowania. Ona poprosiła, żebym czekał u niej. Spędziliśmy ten czas jak niewinni czternastolatkowie, którzy boją się posunąć zbyt daleko ale nie potrafiący próbować. I kiedy przyjechali po mnie ciemną nocą a ja zerwałem się, ona nagle zapytała.
- A gdybym poprosiła, żebyś nie szedł , żebyś został ze mną? I był tak całkiem?
Popatrzyłem nic nie rozumiejąc. Miała tysiące okazji by to powiedzieć a mówiła akurat wtedy. Stałem w drzwiach i musiałem mieć straszliwy dylemat wypisany ogromnymi literami na twarzy. A ona nie powiedziała, że żartuje. A gdyby powiedziała to byłby to najokrutniejszy żart.
- Musze… Powiedziałem i wyszedłem. Gdy zamknąłem drzwi od razu żałowałem, że to zrobiłem i nazywałem siebie skończonym idiotą. Wszak Polska była abstrakcją, czymś, co dotąd niewiele mi, samo z siebie, dało. Ja zaś nie byłem żadnym Piotrem Wysockim czy Jozefem Piłsudskim bez którego walki o wolność być nie mogło. Mogą i nawet by nie zauważono, że sobie trochę odpuściłem. A po drugiej stronie było moje największe wtedy marzenie. I cały 4 czerwca zastanawiałem się czy dobrze wybrałem… A może do dziś?
A z Pekinu pamiętam tego człowieka przed kolumną czołgów. Dla mnie najodważniejszego z ludzi jakiego kojarzę. Nie mającego za sobą armii, opinii publicznej, świadomego, że jest sam i że nie wygra. Mającego w rękach nie broń, granaty czy butelki z benzyną lecz siatki z zakupami. I to mi zostało najbardziej.
4 czerwca. Kobieta i człowiek z zakupami…

Adam Wnorowski- rosemann

There is no reason And the truth is plain to see

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (28)

Inne tematy w dziale Polityka