15.10.2009
Lubiczu drogi.
Czy nie czujesz czasem, że możliwość powiedzenia wszystkiego uwiera Cię i zdaje się być uciążliwym garbem? A może zdarza się Ci z wdzięcznością myśleć o tych, którzy wpajając Ci wzorce zachowań, nauczyli Ciebie i tego, by powściągać język?
Jakiś czas temu, komentując stan wojny miedzy nami tutaj, porównałem sytuację, w której nie umiemy ze sobą rozmawiać spokojnie, do biblijnego mieszania języków. Tego momentu, od którego wspólna droga, którą podążała ludzkość, zamieniła się w rozstaje. I teraz, znów widząc szczątki tamtej bluźnierczej konstrukcji, zaczynam łapać się na myślach przewrotnych.
Ci, którzy nie są dziećmi epoki wolności pamiętają jeszcze czasy, gdy prawie wszyscy mówiliśmy jednym językiem. Tyle, że był to czas, gdy ci nieliczni, którzy mieli najwięcej do powiedzenia, nie bardzo byli zadowoleni, kiedy ktokolwiek z nas, całej reszty, mówił własnym językiem i własnymi słowami. I wtedy rozrywało nam piersi, płuca z chęci nie tyle już mówienia co krzyku nieposkromionego. I z żalu, że nigdy go nie usłyszymy.
I nagle patrz… Można. Bez skrępowania właściwie. I owo „bez skrępowania” zaczyna być jednym z największych przekleństw tej naszej wolności. Nie zrozum, że tęsknię za owymi zrzuconymi kiedyś więzami. Raczej smuci mnie to, że cokolwiek spadnie nam z nieba, zaczynamy tym pomiatać i przestajemy to cenić. W moim odczuciu to następne pokolenia, nie poznając czym jest konieczność przygryzania języka, zaciskania zębów, mają prawo pogardzać tym darem, jakim jest słowo nieskrępowane żadnymi zakazami. My powinniśmy wiedzieć, ile jest ono warte.
Naszym obowiązkiem ponadto jest i to, by uczyć, jak rozmawiać, jak słuchać. By wpajać poczucie wartości posiadania własnego zdania, umiejętność jego artykułowania oraz szacunek dla tegoż poczucia tkwiącego w innych. To my musimy w genach zapisać następnym pokoleniom instynkt i mechanizm obrony przed brakiem szacunku dla słowa. By pozostawić potomnych bez konieczności zgadywania czemu to jest takie ważne. Bo przecież nie możemy chcieć, by ten szacunek ktoś im wypisał na skórze.
Nie jest tak, że wolność i cena słowa stoją ze sobą w sprzeczności. Nie jest tak, ze ten, kto warzy słowa gwałci swą własną wolność wypowiedzi. Nie jest tez tak, że ten, kto nie ma oporu przed używaniem słów, jakie by one nie były, jest apostołem wolności.
Wiem, że cale moje wątpliwości to tkwienie w sytuacji bez wyjścia a zarazem z wyjściem oczywistym. Nie potrafię nawet wyobrazić sobie jakiejkolwiek formy dyscyplinowania tych, co słowem szafują. I wiem też, że jedyne, co temu zapobiega to wychowanie. Szkopuł w tym, że z reguły człowiek zaczyna swój szacunek albo pogardę dla słowa manifestować dopiero wtedy, gdy ich proces wychowawczy zakończył się jakiś czas wcześniej.
Czy w takim razie ta wartość prześliźnie się przez palce następnym pokoleniom? I czy z naszej winy?
Pozdrawiam serdecznie, rosemann
16.10.2009
Rosemannie drogi,
Muszę się przyznać, że niestety podzielam większość Twoich wątpliwości. Czy wolność słowa jest „garbem“? W pewnym sensie tak. Jeżeli „garbem“ jest każda odpowiedzialność, tak jest nim także odpowiedzialność zasłowo. Tylko część milionów ludzi logujacych się codziennie w internecie zdaje sobie z tego sprawę. Nazywając media „czwartą władzą“ tracimy z oczu oczywisty fakt, że sami już od dawna jesteśmy tej władzy częścią. A władza to pokusy. Dziennikarze związani są tzw. „etyką dziennikarską“, która jednak nie powstrzymuje ich, w pogoni za sensacją, od manipulacji i łamania jej na każdym kroku. My kierujemy się wyłącznie własną moralnością a z tą moralnością – to wiadomo – różnie bywa.
Ale nie tylko moralność czy pokusy wynikające z anonimowej bezkarności. Abstrahując od zawodowych manipulatorów piszących nieprawdę (lub jeszcze groźniejsze półprawdy) za srebrniki lub z iedologicznego zaślepienia często niebezpieczeństwa i wypływające z nich szkody są dziełem przypadku, ludzkiej niefrasobliwości czy braku doświadczenia. Ktoś, gdzieś, napisze piramidalną bzdurę bez jakiegokolwiek pokrycia w faktach, drugi weźmie to za dobrą monetę i poda dalej, a trzeci, cały w skowronkach, obwieści światu że właśnie dotarł do PRAWDY. Internet to domena ludzi młodych, często bardzo młodych. Trudno wymagać od czternastolatka, żeby znał ciężar (wartość) słowa i sprawdzał rzetelność każdej napotkanej w sieci informacji. Po pierwsze nie będzie wiedział jak, po drugie nie będzie miał ochoty a po trzecie nie przyjdzie mu do głowy, że może być manipulowany. Odpowiedzialność to cecha wyuczona i nabyta a nie wrodzona podobnie jak suma inteligencji i rosnącego z wiekiem doświadczenia. My starsi jesteśmy przyzwyczajeni do ostrożniejszego traktowania medialnych informacji a poza tym zdajemy sobie sprawę zo dpowiedzialności za słowo (przynajmniej niektórzy).
Czy potrzebujemy kodeksu etyki blogera na wzór dziennikarskiego? Byłby to zapewne krok w dobrym kierunku. To, że będzie on tak samo często łamany (lub częściej) jak dziennikarski to nie mam złudzeń, ale od czegoś warto zacząć. Jednak pozytywny przykład MUSI przyjść z góry. Od dziennikarzy i polityków. Bez takiego przykładu nie zmieni się nic i będzie z dnia na dzień gorzej.
Dla przykładu. Z racji wykonywanego zawodu znam nie tylko paru polityków czy dziennikarzy ale przede wszystkim ludzi którzy zawodowo i na codzień zajmują się praktycznym kształtowaniem polityki. Wbrew pozorom nie są to wcale politycy lecz bezimienni specjaliści, piszący niejako backstage, polityczne koncepty i scenariusze. Dyskutowałem ostatnio sporo na temat najnowszych wydarzeń w Polsce. Jeżeli opinia na temat „afery hazardowej“ była jednoznaczna – „to musiało się ukazać“ i „dobrze się stało“ – tak w sprawie „afery stoczniowej“ zdania były już mocno podzielone. Większość uważała, że w tej drugiej największe straty poniosło państwo i te stenogramy NIE miały prawa trafić do prasy. Po prostu CENA jaką nam przyjdzie za to zapłacić może okazać się niewspółmiernie wysoka w porównaniu do korzyści (jeżeli można tu mówić o jakichkolwiek korzyściach). Są wiadomości które nie powinny być udostępniane szerokiej społeczności. Nie będę się rozwodzić, tylko parafrazując powiedzenie Bismarcka, powiem krótko: ludzie nie powinni widziec jak się robi politykę i ... kiełbasę. Po pierwsze nie zrozumieją a po drugie niedobrze im się może zrobić. Nie oznacza to, że głupota urzędników powinna pozostać bez kary. Absolutnie nie. Tylko o winie czy karze nie powinna decydować ulica i miliony domorosłych „specjalistów“ od upłynniania nierentownych zakładów. Poza tym, państwo bez tajemnic jest państwem bezbronnym. Państwo pokazujące światu własną nieudolność i bezsilność jest państwem skazanym na zagładę. Mało zabawne, że nasza tragiczna historia tak mało nas nauczyła. Czytając blogi znanych dziennikarzy czy polityków (wszelkiej maści) czasami mam szczerą ochotę się śmiać a czasami tak zwyczajnie ogarnia mnie strach. W chwili gdy piszę te słowa „afera stoczniowa“ wręcz zdominowała SG Salonu. Śmieszne to nie jest.
Piszesz: „Nie jest tak, że wolność i cena słowa stoją ze sobą w sprzeczności. Nie jest tak, że ten, kto waży słowa, gwałci swą własną wolność wypowiedzi. Nie jest tez tak, że ten, kto nie ma oporu przed używaniem słów, jakiekolwiek by one nie były, jest apostołem wolności.“. Święte słowa drogi Rosemannie tylko jak ludziom to uświadomić? Obawiam się, że nawet obowiązkowe zajęcia etyki w szkołach niczego tu nie załatwią. Głupota, zła wola, pogoń za 5 minutami sławy i powszechne przeświadczenie, że cel uświęca środki zawsze zwycieżą ze zdrowym rosądkiem i poczuciem odpowiedzialności, tak jak zły pieniądz zawsze wypiera lepszy. Jesteśmy jacy jesteśmy, a ewolucja w umiejętności posługiwania się demokratycznymi narzędziami widocznie wymaga czasu i ofiar.
PS. Najmniejszym problemem jest stylistyka lub jak wolisz forma. Na moim blogu doskonale sobie radzę z „pryszczatymi językami“. Zwyczajną perswazją i swoim przykładem. O dziwo funkcjonuje, znaczy się, można ;–)
Własnie dowiedziałem się, że administracja S24 zbanowała blog Krzysztofa Kotowskiego (Kapuś Puchatek vel Miś Kolabor, Prowokator). O jakiej wolności (nie tylko słowa) my właściwie mówimy?
Pozdrawiam serdecznie



Komentarze
Pokaż komentarze (10)