Tekst wbrew pozorom nie tak całkiem apolityczny i dlatego w tej rubryce
Zmęczony popisami angielskich profesjonalistów od kopania piłki przegapiłem przesiadkowy przystanek metra w Wiedniu. (Dla wyjasnienia: Na kanałach bezposredniej transmisji nie było, na „Premierę“ jestem za skąpy a poza tym w grupie zawsze raźniej wiec bez wiekszych oporów wyskoczyłem do miasta). Nic straconego – powiedziałem sobie – wiedziąc, ze tuż obok jest mała polska knajpka w której byłem od ładnych paru lat. Jak wiadomo kogo jak kogo ale ślepego przypadku należy się słuchać. Godzina była jeszcze w miarę młoda, ja jako tako na siłach a w portfelu grzechotało parę euro tak więc z głęboką nadzieją spotkania kogoś znajomego (lub zwyczajnie i po prostu sympatycznego) postanowiłem wstapic na chwilkę. Jak to często w takich wypadkach bywa z jednej chwilki zrobiło się kilka.
Było już dobrze po północy gdy młoda panna, tak na oko lat dwadzieścia z dużym hakiem zaczęła z werwą i znajomością tematu opisywać straszliwe lata PRLu. O krwi co sie strumieniami lała i o komuchach co z naganami stali na każdym rogu (sugerując moją - być może mimowolną acz z racji wieku bezprzeczną - współodpowiedzialność za owe krwawe czasy).
- Dziewczyno opanuj się – ośmieliłem się powiedzieć – przecież ciebie jeszcze na świecie wtedy nie było. Nawet nie byłaś zaplanowana – dodałem żartobliwie aby rozładować nieco sytuację.
- Nie mów tak! Wtrącił się stanowczo młody człowiek, który ze swoją dziewczyną siedział przy barze i przysłuchujac się naszej rozmowie przytakująco kiwał głową przy co krwawszych szczegółach.
- Że co proszę? Jak mam nie mówić? Zapytałem nieco wytrącony z kontenansu.
- Nie mów o kimś, że nie był zaplanowany.
- Niby dlaczego?
- Bo tak się nie mówi i już.
- Hmmm?
- Tak się nie mówi bo to jest niegrzeczne a jak ci się nie podoba to spier...aj albo w ryj.
Niestety (na szczęście) w tym momencie wybiła godzina zamknięcia czyli tzw. Sperstunde tak więc nie mogłem dalej prowadzić ciekawie zapowadającej się dyskusji o niuansach kindersztuby. Bogaty doświadczeniem wiem, że z Polakami na obczyźnie raczej nie należy kontynuować dyskusji na ulicy i po zmroku. Może dlatego obudziłem sie dzisiaj tylko z lekkim bólem głowy ale za to z wielkim dylematem. Czy to ja rzeczywiscie jestem niegrzecznym staruchem i z racji daty urodzenia odpowiadam za wszelkie zbrodnie PRLu czy też tylko niepotrzebnie się z burakami zadaję?
PS. We wspomnianym lokalu bywałem przed laty prawie codziennie (wynajmowałem vis’a’vis atelier) a poza tym niezwykle podobała mi się jedna z pracujących tam Polek. Nigdy, przez całe te lata, nie spotkałem się nawet z najmniejszym cieniem agresji, choć rozmowy (nie tylko na tematy polityczne) bywały czasami bardzo ostre.
Tempus fugit, lata lecą, więc i obyczaje, tak jak wszystko na około, ulegają zmianom. Wiem. A mimo to czasami zastanawiam się czy rzeczywiście zawsze na lepsze. Ot takie, rock’n‘rollowego pana - co to z niejednego pieca chleb jadł i nie w jednej knajpie popijał - wątpliwości.
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (11)