Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak
157
BLOG

Fragment powieści

Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak Kultura Obserwuj notkę 0

 Sławomir Łuczak - I TAK WSZYSCY SIĘ TU ZNAJDZIECIE

Dzień po dniu, za czarną, inkrustowaną czerwonym kryształem ladą siedziałem i obserwowałem, stałem i sprzedawałem, odpalałem papierosa, przepijając go parzoną kawą, wymieniałem mniej lub bardziej istotne zdania ozdabiane erudycyjnymi, wysoko cenionymi przez klientów wstawkami, komentowałem zachodzące wydarzenia, przychylając się do tezy, jakoby Koniec Świata, zgodnie z najnowszymi wyliczeniami amerykańskich naukowców ze stanu Alaska oraz innych stanów miał nastąpić w naszych szerokościach geograficznych w najbliższy piątek, w samo południe, kiedy mój niewielki, wciąż znakomicie prosperujący sklep przeżywał będzie oblężenie przez nich, ludzi, spuszczonych z krótkiego łańcucha korporacji, fabryk, biur, sklepów i drobnych przedsiębiorstw, a na wpół dopalony papieros w kąciku moich nieskorych do pocałunku ust zamieni się, podobnie jak ja, mój sklep oraz przebywający w nim wolni od obowiązków klienci w nieistotne wspomnienie nie dające się utrwalić na żadnym z nośników, bowiem nie ocaleje nic, co będzie mogło świadczyć o naszym istnieniu i tylko ciemność, ta sama, na mocy której przed miliardami lat powstała jasność znów oczekiwać będzie kolejnego cudu ustanawiającego istnienie innego świata zmierzającego do ostatecznego, nieodwołalnego końca. 

Zanim jednak zapowiedziana ostateczność miała się ziścić niczym najczarniejszy sen, w kamienicy przy ulicy Skrytej, gdzie pod numerem siódmym znajdowała się moja regularnie opłacana siedemnastometrowa powierzchnia handlowa rozgrywał się konflikt, który nie ominął także innych kamienic, chociażby tych oznaczonych numerem jedenastym, dziewiętnastym i dwudziestym pierwszym. Dwie strony zaciętego sporu zmagające się ze sobą w trwającej lata i wydającej się nie mieć końca wojnie totalnej niemal każdego dnia przeprowadzały zmasowane natarcia, manewry oskrzydlające, kontruderzenia, naloty dywanowe, ostrzeliwania, bombardowania, których, podobnie jak klienci odwiedzający mój sklep, jak i ci nieodwiedzający, lecz sunący dalej, na koniec ulicy, niknący prosto w nienasyconym wejściu Galerii Skrytej, byłem świadkiem. Jakby tego było mało dwie walczące strony: polska i izraelska nakazywały mi zająć oficjalne stanowisko, co w moim rozumieniu blisko czterdziestoletniego drobnego przedsiębiorcy i mordercy winno znaleźć się w kompetencji wykwalifikowanych pracowników służb dyplomatycznych. Sprawa pozornie była prosta: jedna i druga strona z uporem odmawiającego współpracy przesadnie objuczonego osła dowodziła, że na mocy posiadanych dokumentów ostemplowanych urzędowymi pieczęciami posiada prawo do kamienicy oznaczonej numerem siódmym, a także do innych kamienic oznaczonych innymi numerami.

Panie Sławomirze – przemawiała większość polska reprezentowana oficjalnie przez sędziwego Jana Dobraczyńskiego, który podobno, w trzydziestym dziewiątym, pod światłym dowództwem generała Kutrzeby, ale o tym nie chciał opowiadać – niech pan łaskawie spojrzy, przecież wszystko jest na swoim miejscu, i pieczęć, i data, i sygnaturka, wszystko jest tu zapisane, a ten Żydek jeden z drugim skacze i skacze jak pchła jakaś, choć wyskakać to on, panie Sławomirze, niewiele wyskacze, bo Polska Polską musi pozostać, Izrael Izraelem, jeśli wie pan, co mam na myśli. Reprezentujący mniejszość żydowską równie wiekowy Miencik Sohenblum nie chcąc stronie pierwszej pozostać dłużnym, przy czym należy zaznaczyć, że pierwsza czasami bywała drugą, a druga pierwszą, odwiedzał mnie i konfidencjonalnym szeptem dawnych konspiratorów przedstawiał swoje racje, pan Sławomir, widzimy, operatywny i na miejscu, jak Żyd zorganizować się potrafi, pieniędzmi jak Żyd gospodaruje, usłużnym głosem klientom, jak Żyd, usługuje, każdego dnia, jak Żyd dba o poszerzanie asortymentu w sklepie w kamienicy przy ulicy Skrytej 7, która Żyda była i Żyda będzie, bo Żyd niezależnie czy tu, czy w Izraelu, niezmiennie właścicielem pozostaje, a poza tym Żyd papiery ma, pieczęcie, proszę spojrzeć, urzędowe na nich widnieją i za Żydem się opowiadają, bo, panie Sławomirze, Żyd, choćby i sto razy wypędzony, zagłodzony, deportowany i zagazowany, po stokroć się odrodzi i po stokroć po swoje przyjdzie, bowiem to, co Żyda, Żyda pozostać musi, a to, co Polaka, niech Polaka pozostanie, taka jest bowiem natura tego świata, który, zgodnie z zapowiedziami amerykańskich naukowców żydowskiego pochodzenia z zawsze słonecznego stanu Kalifornia oraz innych stanów ma zakończyć swe żałosne i wielokrotnie podważane istnienie w najbliższy piątek w okolicach południa.

Z pasją dawnych mistrzów muzyki symfonicznej przedstawiciele dwóch zwaśnionych stron przedstawiali swoje racje, wysnuwali śmiałe tezy, domagali się natychmiastowego rozstrzygnięcia, a kiedy tak posądzali się o zajęcie i przejęcie, kiedy odsądzali się od czci i wiary, jakby im na złość i na przekór, na kilka dni przed zapowiedzianym Końcem tuż przy kamienicy, gdzie od dziewięciu lat uszczęśliwiałem swoich klientów zawsze najwyższej jakości asortymentem pojawił się Joachim Drener, wysoko ceniony w artystycznym świecie, a nawet poza jego rozległymi granicami niemiecki reżyser, zdobywca nagród, laureat festiwali, nominowany dwukrotnie do prestiżowej nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, odznaczony orderami pierwszej i drugiej klasy, aby u schyłku swojej kariery, w podeszłym, zasługującym na szacunek wieku zrealizować ostatni film osadzony w realiach Drugiej Wojny Światowej i za jego pomocą udowodnić zainteresowanym, że jego młodzieńcza przynależność do 3 Dywizji Pancernej Waffen SS „Totenkopf” uznanej przez Trybunał w Norymberdze za zbrodniczą była zwykłą historyczną pomyłką, niewartą być może w obliczu nadciągającego Armagedonu istotniejszej wzmianki, jednak, jak Joachim Drener wyznał na konferencji prasowej poprzedzającej pierwszy dzień zdjęciowy, pomimo zachodzących na świecie wydarzeń i znaków potwierdzających zapowiedziany Koniec, czuje się on zobowiązany do zmobilizowania resztek sił życiowych do obrazowego zweryfikowania swojej zawiłej przeszłości przy pomocy wysokiego budżetu, bowiem film ten ma zaprezentować inteligentnemu widzowi, że Druga Wojna Światowa oraz biorące w niej udział formacje wojskowe, zarówno te uznane za zbrodnicze, jak i zwycięskie wraz ze swoim stanem osobowym stanowiły coś znacznie więcej, niż chcieliby tego nierzadko bezduszni i stronniczy historycy dysponujący wyłącznie suchymi faktami i wołającymi o pomstę statystykami, emocjonalnie nie związani z zachodzącymi, nierzadko okrutnymi wydarzeniami, że Druga Wojna Światowa i jego, Joachima Drenera w niej uczestnictwo, zdobyty w krwawych walkach w Kotle Demjańskim Das Eiserne Kreuz, pomimo upływu lat wciąż stanowią wdzięczne tło, na którym barwnie, przy wykorzystaniu najróżniejszych środków artystycznego wyrazu, zaprezentować można tragizm jednostki nie zapominając przy tym o równie istotnej tragedii mas.

Pomimo zachodzących obok mnie wydarzeń stałem niewzruszenie za ladą z wytrenowanym przez dziewięć lat, starannie przylepionym do ust uśmiechem, w majestacie nadciągającego stąd i stamtąd Końca, o którym felieton raczył był napisać naczelny felietonista naszego wymęczonego kraju, Strzembosz, nazywając go „wyczekiwaną koniecznością, w przeciwieństwie do stale rozwiązującego się Parlamentu regulującą w trybie pilnym wszystkie kwestie sporne”, ja, handlowiec i morderca, z międzynarodowym konfliktem na karku, z dyrygowaną przez wysoce cenionego Joachima Drenera ekipą filmową realizującą z niemieckim rozmachem za oknem mojego sklepu epicką historię o sprawach wydawałoby się dawno już rozstrzygniętych, słuchałem uprzejmie zamówienia blisko pięćdziesięcioletniej, nienagannie ubranej kobiety o manierach oswojonego na dwie minuty lamparta i czarnych, prawdopodobnie na trwało ondulowanych włosach, w którym z nieprzejednaną stanowczością zaznaczyła, że z racji zbliżającego się Końca, po krótkich, aczkolwiek konstruktywnych negocjacjach z partnerem, pragnęłaby nabyć w celu zintensyfikowana, poszerzenia, multiplikowania doznań i czy mógłbym, czy byłbym na tyle uprzejmy zapakować jej imitację pewnej części ciała Luca Diamonda, jednak nie tą dziewiętnastocentymetrową, lecz dwudziestoczterocentymetrową, dokładnie tę, a dla partnera, jeśli byłbym łaskaw, krem „Rośnij wielki”, zestaw do masażu okolic oraz dwa pejcze ze skóry nowoorleańskich aligatorów. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura