Od czasów Gajusza Julisza Cezara Germanika nazwanego w dzieciństwie przez zaprawionych w bojach legionistów Bucikiem (Kaligulą), a może i nawet od czasów wcześniejszych bywamy notorycznie niewinni i nawet w obliczu przytłaczających dowodów naszych szwindli, występków i zbrodni z nieznaną innym gatunkom zawziętością obstajemy przy swoim, winę znajdując w koledze z pracy, koleżance z knajpy, oraz – to wprost uwielbiamy – w kierowniku Kowalskim oraz w pośle Przeniewierskim-Łajze.
Niewinny był też wspomniany już wyżej Bucik, który – jeśli dać wiarę historykom posiadającym od wieków niezwykłą tendencję do nadinterpretacji wydarzeń – większość swoich ofiar odesłał w zaświaty na rok przed tragiczną śmiercią swojej ukochanej (w każdym możliwym sensie) siostry Druzylli, kiedy to najprawdziwszy obłęd, ten w najpiękniejszym stylu, namaścił go swoją obecnością nakazując mu podjęcie działań mających błyskawicznie nabrać statusu legend miejskich i wiejskich.
Ostatecznie tęgi był z niego Wariat, a czyż nie mamy dla takich usprawiedliwienia? Oskarżyłbym bardziej rzymski senat, że pozbawienie życia Imperatora na drodze całkiem starannie zaplanowanego spisku zajęło mu aż cztery długie lata. Nie mniej jednak w zbiorowej świadomości Boski Gajusz nieustannie poddawany jest egzekucjom, bo przecież nie ma piękniejszego widoku niż winny człowiek, któremu na oczach „niewinnych” współplemieńców zostaje udowodniona przewina, nie ma zacniejszej perspektywy, niż sterta kamieni przeznaczona do wymierzenia sprawiedliwości i ten pierwotny instynkt domagający się głowy uznanego za winnego rozłupanej niemalże na atomy, tak aby krew jego ofiarna zrosiła „niewinnych” i dała nadzieję na pomyślniejszą przyszłość.
Mówi się, a ostatnio, co budzi grozę, coraz więcej pisze – jaka szkoda, że nie o Buciku – ale o tych, bądź tamtych, popełnia pamflety, obrzuca kalumniami i działania te, zakrojone przeważnie na szerokie skale, obejmują niemal świat cały i światu całemu pragną zaoferować skuteczne sposoby „wyjścia z kryzysu”, bowiem to przecież świat (reprezentowany m.in. przez kierownika Kowalskiego i posła Przeniewierskiego-Łajze oraz innych) jest winny, niewinni są zaś ci, którzy oferują mu swoją pomoc na dwóch miliardach blogów, którzy mówiąc dużo o moralności wystawiają recepty na uzdrowienie cywilizacji, na udrożnienie jej najbardziej newralgicznych arterii, wiedzą po prostu wszystko, co gromko wyrażają i domagają się uznania ich poglądów za interesujące i godne polecenia.
To właśnie oni, wszyscy ci przyzwoici, „niewinni” i wszystkowiedzący, siedząc nad wyprodukowaną w odległym od Polski kraju klawiaturą, wybijają na niej wzniosłe rytmy i radarem swoich krytycznych ocen (chwalić drugiego człowiek współczesny po prostu nie potrafi) prześwietlają odlegle od nich cele, podczas gdy najbliższe ich otoczenie (przez to sformułowanie rozumiem: przestrzeń przez nich zajmowaną) wolne jest od wszelkich komentarzy i not, którymi tak hojnie szafują. Są przecież niewinni.
Proszę wybaczyć niżej podpisanemu i jak najbardziej winnemu zarzucanych mu podłości i niegodziwości ten nieco kaznodziejski ton wywołujący u mnie zazwyczaj wyłącznie obrzydzenie, jednak wpadłem w niego zupełnie przypadkiem, bowiem jestem ostatnim, który chciałby zaoferować pomoc upadającemu światu ludzkich zwierząt, a jako katastrofista wierzę, że doczekam się jego rychłego i spektakularnego zakończenia.
I nie wypowiem się, w przeciwieństwie do dwóch miliardów „ekspertów”, na temat z pewnością niewinnego pułkownika Muammara al-Kaddafiego, gdyż nie udało mi się poznać go osobiście, zaproponować bruderszaftu i porozmawiać o wieloznaczności w powieściach moich ulubionych Autorów z zupełnie innej epoki, co – moim zdaniem – niezbędne byłoby do wyrażenia o nim opinii. Co innego Boski Gajusz – ten jest już historią i prawdopodobnie nie będzie miał mi za złe. Chociaż…


Komentarze
Pokaż komentarze (3)