Są takie chwile, kiedy nawet najbardziej pełne poezji życie, musi ustąpić miejsca prozie – jeden z Australijczyków.
Nim ujrzałem jej mury po raz pierwszy i z całą pewnością nie ostatni, Wenecja kojarzyła mi się z wymęczoną twarzą Ala Pacino odgrywającego rolę żydowskiego lichwiarza Shylocka w jednej z ekranizacji szekspirowskiego „Kupca weneckiego”, jednak bardzo prędko wizerunek znanego z wielu wykwintnych kreacji aktora, został zastąpiony obrazami o znacznie większej sile rażenia, które w swojej nierzadko martwej, kamiennej ekspresji przemawiały donośniej i bardziej przekonywująco.
Zachwycony wczesno poranną pociągową przejażdżką Ponte Della Libertà łączącym kontynent z wyspą, znalazłem się na sennej, tęskniącej za międzynarodowym gwarem stacji Santa Lucia, która łaskawie przemieliła mnie i wypluła wprost w ujmującą, okraszoną licznymi kawiarniami i trattoriami przestrzeń Canale Grande wzbudzającego swego czasu zachwyt Tomasza Manna wyrażony w powieści o wiadomym tytule, a także podziw setek innych, nierzadko uznawanych za znamienite osobistości oraz miliardów turystów uznawanych za jednych z miliardów.
Wtłoczony w labirynt wąskich uliczek dopraszających się o w nich zatracenie i zagubienie, pozbawiony przewodnika w wersji papierowej, a także w każdej innej możliwej wersji, zapatrzony w wystawy obfitujące w tanie, w większości w Chinach produkowane karnawałowe, znane na całym świecie maski oraz te, wykonane z głęboką znajomością rzemiosła, w pnące się ku niebu wieże gotyckich kościołów, przystawiałem ucho do murów i czując się wobec ich udokumentowanego majestatu marną pchła niewartą nawet zmiażdżenia, słuchałem, a one z wdziękiem dawnych kurtyzan opowiadały. Były to opowieści o czasach minionych, kiedy niezaznajomieni jeszcze z elektrycznością ludzie wieczorem gromadzili się przy świecach i popijając najróżniejsze, poddane wcześniejszej fermentacji trunki próbowali uśmiercić czas pozostały do świtu przy pomocy przekoloryzowanych opowieści o podróżach do odległych krain, sprośnych dowcipów oraz marzeń o iluzorycznych bogactwach możnych tego świata.
I tylko czasem z głębokiego zadumania nad historycznym znaczeniem na drewnianych palach zbudowanego miasta wyrywały mnie panie z na trwało prawdopodobnie ondulowanymi włosami objuczone reklamówkami nieistniejących w Wenecji hipermarketów, które zdecydowanym tonem poddawały w wątpliwość weneckie skarby, „ale smród idzie od kanałów, Waldemarze”, co kroczący obok nich zarumienieni od przywiezionego jeszcze z Polski entuzjazmu małżonkowie ochoczo potwierdzali, zaznaczając przy okazji, że prawdziwy smród to dopiero ciągnie od tego polityka, „doskonale ci, Teresko, znanego”.
I nawet, kiedy po hostelowej nocy spędzonej na długim i szczęśliwym spożywaniu szwedzkiego trunku popularyzowanego przez australijskich, przemierzających Europę studentów, rozmowach o tygrysach z czarującymi reprezentantkami państwa Singapur oraz zupełnie pobieżnej ocenie kosmopolitycznego Nowego Jorku wespół z jego uroczą mieszkanką, moje żywe zwłoki nad ranem po niefortunnej degustacji pizzy – jaki to idiota przekąsza obfitą noc pizzą? – przegnało z kolejnej eksploracji wąskich uliczek wprost do toalety na Santa Lucia, gdzie na kolanach i ostatkiem sił oddawałem cześć bóstwom znanym i nieznanym, weneckie kamienie i mury wciąż sączyły mi do ucha opowieści o zarządzonej po raz pierwszy w strachu przed epidemią w 1403 roku quaranta giorni, o miotanym twórczą namiętnością legendarnym Leonardzie, o knujących, spiskujących i prosperujących zasobach ludzkich w Palazzo Ducale, o rozwartych udach rozognionych pożądaniem dziewcząt przekonanych o swojej wyjątkowości oczekujących wizyty cenionego w ich świecie kawalera de Seingalt, Giacomo Girolamo Casanovy… Aż nieoczekiwanie, jakby spomiędzy tych barwnych historii, doleciały mnie, marnego, wciąż oddającego cześć w pozycji klęczącej znajome głosy: ale smród w tych toaletach, Waldemarze. Ano widzisz, Teresko, niby Wenecja, a smród, taki sam, jak i nasz, polski. Ale ten polityk, Teresko, wiesz z pewnością, o kim mówię, to dopiero capem wali.


Komentarze
Pokaż komentarze