Niektórzy eksperci z naszego kręgu kulturowego próbują przekonywać, że istnieją dwa światy: nasz i ich, przy czym pewna część „ich” skłania się ku teorii „niektórych”, jednak jakkolwiek podsumowywać rozbrzmiewające medialnie i nie tylko rozważania można dojść jedynie do niepodważalnego od wieków truizmu, że świat religii chrześcijańskiej daleki jest od islamskiego i o tym, choć nie tylko opowiada przemyślanym scenariuszem, ujmującymi zdjęciami, nastrojową muzyką oraz ekspresyjną grą aktorów turecki dramat „Pięć minaretów w Nowym Jorku” zrealizowany we wciąż europeizującym się Stambule oraz w już dawno skosmopolityzowanym mieście pozbawionym dwóch wież pamiętnego września.
Reżyser Mahsun Kırmızıgül przybliżając w mocnej tonacji dzieje pewnej tragicznej śmierci sprzed lat kształtującej losy głównych bohaterów opowiada się jednoznacznie za równością i nierozdzielaniem światów, które zostały tu już wymienione, dopraszając się o uznanie świata jednego, gdzie słońce, jak optymistycznie śpiewał niegdyś warszawski zespół Ahimsa „świeci dla wszystkich” takimi samymi promieniami. Oczywiście, naiwna to postawa, powiedziałby ktoś i trudno nie byłoby mu przyznać racji, gdyż o wiele prościej wywyższać tolerancję przy pomocy fikcji, niż fikcje te wkomponowywać w rzeczywistość, jednak wolałbym naiwnie wierzyć, że postulaty stawiane przez orientalnego twórcę odnajdą potwierdzenie w pędzącej prawdopodobnie na oślep cywilizacji, niż kalkulować przy pomocy zdrowego rozsądku gromadzącego niewiarygodną ilość smutnych i bolesnych faktów, jakoby sugerowana przez ekspertów przepaść między światami doczekać się może jedynie systematycznego pogłębienia do rozmiarów, wobec których zadziwiającą bezradność wykażą znane nam instrumenty pomiarowe.
Pragnąłbym żywić niezłomną nadzieję, że narodzone i nienarodzone dzieci nasze błąkając się w zaułkach Stambułu będą potrafiły złożyć należny ukłon Błękitnemu Meczetowi, nie zapominając też o Meczecie Sulejmana, przyklękną przed Kościołem Św. Jana, Kościołem Pokoju oraz innymi kościołami i delektując się wielokrotnie już opiewanym przepychem Pałacu Topkapi będą próbowały choćby w minimalnym stopniu dającym się przedstawić wizualnie przy pomocy nieskomplikowanych wzorów pojąć, że człowiek – myśląc odrobinę naiwnie i „po dziecięcemu” jak turecki reżyser w „Pięciu minaretach w Nowym Jorku” – jest jeden i pomimo istnienia dwóch światów, o których tu się napomknęło, powinien błogosławić jednogłośnie promienie słoneczne w różnych językach, narzeczach i dialektach, pamiętając jednocześnie, że nie każdy muzułmanin potrafi utrzymać w powietrzu samolot pasażerski, a tylko niewielu przedstawicieli cywilizacji łacińskiej gotowych jest narazić na szwank dobre imię Proroka na drodze w istocie niepotrzebnych „rysunków satyrycznych”.



Komentarze
Pokaż komentarze