Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak
237
BLOG

Pan jedynego języka

Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak Kultura Obserwuj notkę 0

 

W zaawansowanym dzieciństwie posiadającym smak gumy Donald, lodów Bambino, oranżady w foliowych woreczkach oraz nieprodukowanego już niestety w Krakowie, ani w innych miastach niepasteryzowanego piwa Barbakan dość często wyobrażałem sobie jego władczą postać na rączym rumaku przemierzającą rozległe stepy wraz z tysiącami lękających się wyłącznie piorunów wojowników, których przeznaczeniem była chwała i śmierć, choć niekoniecznie w takiej kolejności. Podziwiałem jego determinację w realizacji dość kontrowersyjnej wizji współczesnego mu świata, w której wszyscy jego mieszkańcy mieli mówić w jedynym mu znanym języku oraz wierzyć w jedynego Boga, Pana Niebios, Chana Tengri, reprezentowanego przez majestatyczną górę w paśmie tienszańskim na granicy dzisiejszego Kirgistanu i Kazachstanu.
I oto dane mi było ujrzeć wizję sprzed kilku lat Siergieja Bodrowa, który podczas stu dwudziestu minut sprawnego filmowego rzemiosła upoetyzowanego gardłowymi melodiami wydobywanymi przez mongolskich śpiewaków zaprezentował w przypuszczalnie tendencyjny sposób człowieka, przed którym drżała połowa cywilizowanego świata, druga zaś, z jego (tj. głównego bohatera, nie reżysera) perspektywy wciąż barbarzyńska i domagająca się gwałtownych reform zadrżałaby także, gdyby dane jej tylko było wiedzieć. W wizji tej postać Temudżyna zarysowana została bardzo grubą kreską już w wieku lat dziewięciu, aby po niezliczonych perypetiach zostać odmalowaną, jako heros, który doprowadził do zjednoczenia wszystkich Mongołów i pod przydomkiem Czyngis Chan zajął należne mu miejsce na kartach niezwykle smutnej i wciąż piszącej się historii cywilizacji istot obserwujących świat w pozycji pionowej obok innych masowych zbrodniarzy i ludobójców.
Zaprezentowane w filmie młodzieńcze lata przyszłego okrutnika ukazują wyjątkową determinację, wolę walki i przetrwania, jaką niewątpliwie posiadał z pewnością charyzmatyczny człowiek, którego los, w przeciwieństwie do innych losów, miał powieść ku nieprzemijającej chwale ociekającej krwią setek tysięcy z pewnością zasługujących na śmierć i jak najbardziej winnych nieumiejętności posługiwania się jedynym przez Chana znanym językiem, którzy w swojej udokumentowanej przez historyków krnąbrności nie potrafili pojąć, że fantazje jednego mężczyzny o silnej osobowości i przeświadczeniu o własnej wielkości mają za wszelką cenę przetransformować się w rzeczywistość.
Oto człowiek, chciałoby się powiedzieć przyglądając się familijnym ujęciom mordercy tulącego do piersi niewinne dziecię, żegnanego czule przez żonę i przecinającego bezkresną niemalże pustkę stepu ku zawołaniom Przeznaczenia. Oto reżyser, można by dodać, potrafiący na wzbudzającej bezsporny zachwyt i śpiewającej sentymentalne pieśni ziemi mongolskiej zaprezentować pozbawioną choćby jednej skazy legendę władcy zasługującego po stokroć na postawienie przed Międzynarodowym Trybunałem w Strasburgu oraz innymi trybunałami. „Czyngis Chan”, jak przypuszczam, to kolejna po choćby „Aleksandrze Wielkim” próba spiżowego sportretowania ludobójcy i zbrodniarza, dająca zielone światło kolejnym przedsięwzięciom, w których aktorami pierwszego planu zostaną osobistości doskonale znane historykom, statystykom oraz ekspertom medycyny sądowej oraz innych medycyn.

SUGESTIA
Kolejnym oczekującym jak na razie bezskutecznie należytego sfilmowania jest bez wątpienia Iosif Wissarionowicz Dżugaszliwi. Wygrał przecież Wielką Wojnę Ojczyźnianą, to raz. Zmusił Gitliera do rozwałki ulubionego psa, to dwa. Miał takie piękne, chciałoby się powiedzieć na polską modłę profilowane wąsy, trzy. Cztery: kochał dzieci, co dokumentują rozliczne zdjęcia i plakaty i pozwalał innym (Ławrentij Beria)także je kochać.

Zastanawiający może być fakt, że dziś – kiedy mimo upływu lat nie umilkły jeszcze echa ostatnich rzezi w Rwandzie i na Bałkanach interesujących przeciętnego Europejczyka, co stwierdzam ze smutkiem, także i mnie, wyłącznie jako dodatek do parzonej na różne sposoby porannej kawy – pewni ludzie przy pomocy znanych sobie technik i środków wyrazu oraz mniejszych lub większych budżetów próbują uświęcić coś, co warte jest zdetronizowania. I w taki oto sposób wydaje się potwierdzać kolejna odwiecznie wiejąca banalnością prawda: imponują nam zbrodniarze, w zbrodniarzach usiłujemy podpatrzeć wszystkie te cechy charakteru czyniące ich „wielkimi”, zbrodniarzami pragniemy przez chwilę nasiąknąć, aby później, kiedy irytujący sąsiadów naszych grill postawiony na balkonie dopełni swej odczuwalnej na dwadzieścia metrów powinności postawić pomniki fikcyjnym Donom Corleone, prawdziwym Chanom, marząc jednak, aby naśladowcy ich wielkich czynów nie chcieli zamieszkać w bloku obok, na sąsiedniej posesji, lecz tam, gdzie dobranoc boi się powiedzieć nawet na glanc odpicowany diabeł.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura