Już od czasów najdawniejszych – w tym także ostatnio moich ulubionych, starorzymskich, jakże obfitujących w dramatyczne wydarzenia – człowiek posiadał wybijającą się i barwną przypadłość ukwiecania znanego mu świata przy użyciu narządów nazywanych przez współczesną biologię oraz nauki medyczne płciowymi, a przez mowę potoczną sformułowaniami, które z oczywistych względów nie zostaną tutaj zaprezentowane. I tak lądowały w malowanych na twarzach wrogów (precyzując: w cavum oris, czyli jamie ustnej) męskie narządy płciowe, niknęły w tylnej części ciała (anus) oraz w innych częściach ku, jak podejrzewam, kolosalnej uciesze tłumu, żeńskie zaś odzwierciedlane z mistyczną niemal precyzją przez nierzadko anonimowych twórców wzbudzały niezmienny i nieprzemijający zachwyt blisko stuprocentowej części męskich bydląt marzących, aby zginąć w nich, albo przynajmniej zaginąć. Tysiące lat później te same narządy, opiewane przez wieszczów, gloryfikowane przez malarzy, reżyserów filmów dla widzów dorosłych, zaczęły, początkowo nieśmiało, aktualnie już, jeśli można użyć niewyszukanego określenia, pełną gębą, pretendować do miana niepodważalnego i pełnoprawnego składnika medialnej przestrzeni.
I oto na stronach gazet, portali internetowych objawiła się nagość nie spełniająca jednak od wieków nagości przypisanego zadania, lecz, jak pojmuję, nagość z premedytacją nastawiona na szokowanie, przy czym należy zaznaczyć, że prawdopodobnie wybitni specjaliści od „kreowania wizerunku” postawili pomiędzy słowami szokować, a promować nie pozwalający się w ich rozumieniu obalić znak równości. Drugorzędność wyśpiewanego przez rodzimego, bądź zaoceanicznego wyjca „utworu muzycznego” ustąpiła miejsca pierwszorzędności na mgnienie oka wyeksponowanego narządu wystawionego natychmiast na widok publiczny przez rozpromienionych „redaktorów wydań”, odmienionego przez przypadki przez rozentuzjazmowanych „żurnalistów” (niewielu już chyba zostało dziś prawdziwych dziennikarzy) z nieczytanej przeze mnie prasy i nieoglądanej telewizji, a także skomentowanego przez pęczniejący poczet „ekspertów”, którzy przy pomocy znanego sobie języka próbowali wydedukować intencję „artysty”, ocenić jego kontrowersyjne działania w świetle nadchodzących pokoleń i przebąknąć o wolności, niepodważalnym składniku ludzkiej egzystencji, za którą przecież z pasją opowiadali się najwybitniejsi mędrcy, jak choćby Platon, Arystoteles i – obowiązkowo – Leszek Kołakowski.
I nawet ja – dzisiejszy hipokryta poddający w wątpliwość istnienie zarówno w sztuce, jak i „sztuce” nachalnej prezentacji narządów płciowych, który wczoraj (tzn. dziesięć lat temu) próbował zszokować znany mu świat przy pomocy słów zawartych na kartach młodzieńczej i diametralnie odmiennej od dzisiejszej mojej twórczości powieści „Fetyszysta”, gdzie główny bohater wytrącony z orbity codzienności przez banalny w istocie incydent usiłuje nadać swojemu życiu dowolność przy pomocy erotycznej radykalności –zrównałem się z omówionym przez „intelektualne elity” sutkiem amerykańskiego wyjca, z uchwyconym przez czujne oko reżysera teledysku zadkiem wyjca rodzimego, z podskakującymi w rytm piania cyckami kolejnego i ze zrównania tego próbuję się wyrwać przy pomocy znanych sobie technik, których rezultaty podziwiać, bądź negować można na księgarskich półkach.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)