W obrębie znanego mi świata istnieje ponoć wielu Bogów, lecz w tym filmie Bóg imię ma jedno i w całej swojej surowości nakazuje ścisłego przestrzegania wyznaczonych przez niego praw, surowo – przy pomocy swych ziemskich reprezentantów – piętnując tych, których stopy zboczyły z wyznaczonej przez niego ścieżki i podążyły tam, gdzie panuje nieokreślona dowolność, a niemożliwe stając się możliwym zdolne jest odmienić wydawałoby się nawet najbardziej nieskore do odmiany życie.
Zainspirowany zaszłymi pod koniec lat dziewięćdziesiątych wydarzeniami film „Holy Rollers” urodzonego w 1975 roku Kevina Asha opowiada historię młodego ortodoksyjnego Żyda, który jakby przytłoczony monotonią znanej mu i ściśle ograniczonej nowojorskiej rzeczywistości związanej z wyznawaną przez niego religią, szkołą, gdzie kształci się na rabina, prowadzonym wspólnie z ojcem sklepem oraz już od dawna przygotowaną dla niego rolą męża (wybranej przez rodziców żony) oraz ojca licznej familii, decyduje się, początkowo niepewnie i lękliwie na przewóz „lekarstw” z Amsterdamu do Nowego Jorku, „lekarstw” nieszkodliwych i oferujących ludziom szczęście i rozluźnienie. „Lekarstwa” bardzo szybko okazują się pigułkami ecstasy, wzbudzający respekt izraelski mocodawca szefem zorganizowanej grupy, a brat przyjaciela, który wprowadził go do interesu, omijającym szerokim łukiem moralność dilerem pierwszej klasy wprowadzającym w finansową omylność nawet swojego przełożonego.
Pozostający w opozycji do Jedynego Bogowie – przemawiający ze skąpanych w zieleni banknotów z wizerunkami m.in. prezydentów Abrahama Lincolna, Andrew Jakcsona czy Benjamina Franklina oraz innych prezydentów po nakłonieniu młodego człowieka nieznającego jeszcze smaku prawdziwej dorosłości do początkowo naiwnej, później już przemyślanej podróży do świata zakazanego i podlegającego surowemu osądowi kodeku karnego oraz innych kodeksów – oferują wiele, lecz w zamian pragną otrzymać jeszcze więcej. I otrzymują.
Opromieniony aureolą tęsknot człowiek współczesny oraz ten, którego zawiłe losy wciąż zajmują historyków zawsze był wdzięcznym tematem rozważań i takim już prawdopodobnie pozostanie. Od zawsze istnieli ludzie wykraczający daleko poza ramy pętającej ich rzeczywistości reprezentowanej, jak w „Przemytniku”, przez hermetyczny świat religijnego kultu i wynikających z niego implikacji; pragnęli więcej, niż sąsiadujące z nimi istoty przyzwyczajone do ośmiogodzinnego dnia pracy i szesnastogodzinnego czasu własnego zabijanego w taki, bądź inny sposób; kluczyli, błądzili w poszukiwaniach mentalnego Eldorado, a kiedy w końcu udało się im dopaść celu konsekwentnie odcinali się przeszłości, lub jak w filmie zostawali od niej odcinani. Hałas kusi. Zwłaszcza, jeśli przez większość życia trawi nas obezwładniająca cisza. Mój ulubiony Diabeł Rokita niezmordowanie zastawia liczne pułapki i wykorzystując ludzką skłonność do nadmiernej ciekawości i wybujałych pragnień konsekwentnie zwiększa swą liczbę osiągnięć z dumą przypinając sobie do marynarki kolejne odznaczenia niejednokrotnie pierwszej klasy.
221
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)