Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak
140
BLOG

Sztuka szerokości

Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak Kultura Obserwuj notkę 0

Szeroka jest rosyjska ziemia, jak najczęściej wąskie były pobudki maszerujących przez jej bezkres armii pragnących, armijnym zwyczajem, odnieść spektakularne zwycięstwo i w triumfalnym pochodzie powrócić do macierzy, aby przed lewitującymi w swej wielkości nad ziemią wodzami złożyć truchła wrogów oraz dostęp do złóż i inne dostępy. I taka właśnie, szeroka jak ziemią, która ją wydała, jest dusza Nikity Michałkowa przypominającego w swojej najnowszej autorskiej produkcji (nie do końca autorskiej, bo za scenariusz odpowiedzialne są jeszcze trzy osoby) czasy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, a na jej krwawym tle dalsze dzieje pułkownika, później generała dywizji Siergieja Piotrowicza Kotowa pamiętanego doskonale z pierwszej części „Spalonych Słońcem”.
Nie ma we współczesnym świecie mnogości tak potwornie okaleczonych przez wybujałą pojedynczość jak twór państwowy nazywany dziś przez dyplomatów i polityków Federacją Rosyjską, podobnie jak niewielu jest reżyserów, którzy konfrontując się z wojenną przeszłością ze specjalnym uwzględnieniem II Wojny Światowej potrafili unieść się ponad naprawdę zbędny patos, co w tak imponującym stylu powiodło się synowi zwykłego frontowego żołnierza - ojcu reżysera film jest dedykowany. Przy pomocy błyskotliwego scenariusza Nikita Michałkow opowiedział podczas dwustu pięćdziesięciu minut historię zrujnowanego przez państwowy system człowieka, system wdrażany z pełną surowością przez mężczyznę o stanowczym, żeby nie powiedzieć: stalowym wejrzeniu, który jak udokumentowali historycy, prawdziwie stchórzył tylko raz na wieść o urzeczywistnieniu niemieckiego planu Barbarossa podważanego przez niego w całym swym chorobliwym majestacie, następnie schronił się w ciszy swojej daczy i odcinając się od spraw wszelkich i pilnych z niekwestionowaną przewagą tych drugich pozwolił Wiaczesławowi Mołotowowi niepewnym głosem oznajmić przez radio ludowi rosyjskiemu, że kraj ich umiłowany i stworzony przez towarzysza Lenina, został zaatakowany zdradziecko i nieoczekiwanie przez Rzeszę Niemiecką zarządzaną przez gefreitera Gitliera.
Oprócz dramatu ludzi wywodzących się z grupy uprzywilejowanej, choć – jak można było zaobserwować w pierwszej części „Spalonych Słońcem” na przykładzie Siergieja Piotrowicza Kotowa niewolnej od zagrożeń – Nikita Michałkow zaprezentował także ludzi zwykłych, którzy, jak powiedział jeden z bohaterów „potrzebni są ludziom wielkim, aby mogli oni poczuć swą wielkość”, a prezentacja ta wydała mi się równie szeroka, jak step rosyjski, który ją stworzył. Znów ta szerokość. Szeroka jest dusza rosyjskiego człowieka, parzący jej temperament podsycany namiętnością do wysokoprocentowych napojów spirytusowych oraz rojeń do niegdyś carskiej, dziś imperialnej wielkości i równie szeroka jest perspektywa jednego z najbardziej oryginalnych współczesnych reżyserów, dzięki której z szarości wyłaniają się kolory i przemawiają własnym, donośnym głosem.
Oryginalność Michałkowa to przede wszystkim swojość, bowiem jest on swój zarówno dla siebie i przed sobą samym, jak i dla innych i wobec innych, a to, jak mniemam, wielka sztuka, o tak, wielka. Jego jedyność i swojość przekłada się także na wrażliwość i umiejętność pochylenia się nad być może nie zasługującą na to zwykłością, ze zwykłości bowiem, powtarzam za Michałkowem nie bojąc się truizmu, składa się ciąg zdarzeń niezmiennie tytułowanych przez nas życiem. Jest w tym filmie i detonująca się w całej swej potędze radość, i zwielokrotniony do niezbadanych granic smutek, ale jest też, bodaj najwyraźniej podkreślona, wola życia i życia umiłowanie ukazane w – znów przywołam to słowo – najszerszy z możliwych sposobów.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura