Z premedytacją omijam większość seriali, wyłapując z nich przeważnie te, które tytułować można, w mniej lub bardziej luźny sposób, historycznymi i najczęściej – jak było to w przypadku oglądanych niedawno dwóch sezonów przykuwającego uwagę „Spartakusa” – wprawiają mnie one w zachwyt przenosząc poprzez swoją malowniczą scenerię do czasów, kiedy pozbawiano się życia przy pomocy niezautomatyzowanego żelastwa, a bitewny pył, który litościwym całunem okrywał porąbane i posiekane ciała u jednych budził podziw, u drugich trwogę, lecz dla wszystkich miał kolosalne znaczenie.
Podobnie jak historycy i wszyscy nim zainteresowani wiedziałem, że istniał i istnieniem swoim wprawiał w osłupienie licznych oponentów urągając niemalże w żywe oczy obowiązującym prawom, zarówno tym ustalonym przez Boga, któremu służył, jak i ludzi, przeciw którym niejednokrotnie występował. Znałem go też z tendencyjnej – podobnie jak cała jego twórczość – powieści Mario Puzo oraz popularnych opracowań historycznych, jednak dopiero teraz, setki lat po jego śmierci przemówił do mnie głosem znanego aktora o twarzy idealnie pasującej (mimo iż niezgodnej z portretami) do duchownego, prawnika, konesera doczesnych uciech i wreszcie Papieża, który jako Aleksander VI usilnie pracował nad reformą Kościoła, spójnością podzielonej Italii (na tyle na ile rodowity Hiszpan mógł sobie na to pozwolić) oraz poprawą i tak już poprawionej sytuacji finansowej swojej licznej i oczekującej dowodów miłości i oddania rodziny.
Rzym ze specjalnym uwzględnieniem przynależącego do niego Watykanu zaprezentowany w serialu „Rodzina Borgiów” wyprodukowanym przez Neila Jordana, niewiele różni się od tego z czasów Cezarów dynastii Julijsko-Klaudyjskiej oraz innych dynastii, a nawet od współczesności, bo czyż nie ponadczasową i nieprzemijającą jest żądza pieniądza, władzy i wynikające z nich implikacje (zdrady, intrygi, knowania, spiski); czyż człowiek w najistotniejszych swych strukturach nie jest wciąż tak samo przewidywalny, jak ten, który padać musiał na twarz przed majestatem Aleksandra VI i błagać o odpuszczenie grzechów i zaniedbań? Dziś tylko zabijać potrafi w udoskonalony sposób, choć niektórzy z pewnością wciąż posługują się metodami preferowanymi przez Lukrecję Borgię oraz inne Lukrecje i – jeśli mogę tak to ująć – Lukretów tego świata, w czym niezwykle pomocne są im m.in. kielisznik zaroślowy, ciemiężyca zielona czy zimowit jesienny.
Jak każdy uznany przez historię za niegodziwca Rodrigo Borgia, posiada on swój urok, jakże obcy ludziom zwykłym i przeciętnym, stworzonym do wyznawania szarości, dla których szczytem kolorów jest czterokołowy pojazd skutecznie dyskredytujący finansowe osiągnięcia pozieleniałych z zawiści sąsiadów i jak każdy z niegodziwców wielkich do dziś w kręgach uznawanych za akademickie wywołuje namiętne spory i debaty z pewnością nierzadko pozbawione moderatorów, które pomimo swej intensywności i gwałtowności nie rozstrzygną jednoznacznie, kim był naprawdę Aleksander VI? Genialnym reformatorem, upadłym papieżem czy po prostu, jak my wszyscy, błądzącym w ciemnościach świata podróżnikiem, dla którego władza stała się życiem, a życie innych przynależną jej częścią.



Komentarze
Pokaż komentarze