Wielokrotnie dostrzegając przykłady ludzkiej ułomności, najczęściej jednak koncentrując się na ułomności najbardziej mnie interesującej: własnej, próbowałem nadać jej sens, tłumacząc, że wszelka niedoskonałość istnieje po to, aby można ją było, nierzadko na drodze najgłębszej ascezy, przemianować w pojęcie bardziej świetlane i światłe. Istnieją jednak ułomności niepodlegające transformacjom, ułomności pierwotne, najsilniejsze, zapisane w kodzie genetycznym, a jedną z nich, z punktu hollywoodzkich i nie tylko producentów najbardziej widowiskową, jest okrucieństwo, na mocy którego na przestrzeni nierzadko mrocznych wieków dokonywano podbojów, rzezi, masakr opisanych następnie z najdrobniejszymi detalami przez tysiące domorosłych i zawodowych historyków, jak gdyby nie istniały tematy inne, a cała ta nasza zagwazdrana historia składała się w przytłaczającej większości – co jest, niestety, prawdą – z ludzkiego pragnienia forsowania własnych idei przy pomocy oręża oraz żołnierzy napompowanych nacjonalizmem i otumanionych wizją nieśmiertelnej chwały przybierającej niejednokrotnie, a właściwie najczęściej prymitywnego charakteru.
„Miasto życia i śmierci” opowiada o okrucieństwie z przełomu lat 1937-38, chwilami z teatralną afektacją i ze spiżu wykutym patosem, jednak przy dokumentacji rzezi, bo masakra nankińska jest tematem dzieła, patos pojawia się naturalnie i prawdopodobnie uciec od niego nie sposób. Chińska produkcja wyreżyserowana przez Chuana Lu przedstawia wymykające się racjonalnym klasyfikacjom działania ludzkich zwierząt reprezentowanych przez japońskich żołnierzy dowodzonych przez generała Iwane Matsui, wymierzone przeciwko cywilnym mieszkańcom zdobytego miasta Nankin oraz pojmanym w niewolę jeńcom mającym zrozumieć, że piekło, niezależnie od tego, w co większość z nich zwykła wierzyć, potrafi przyjąć realne kształty i swoim rozmachem przewyższyć te ściśle przyporządkowane religiom, z religii bezpośrednio się wywodzące.
W masakrze, jak to w masakrze, istnieje strona masakrująca oraz masakrowana, przy czym druga zostaje spalona i zakopana żywcem, masowo rozstrzelana (niektóre źródła mówią o stu tysiącach wyrżniętych żołnierzy), a także brutalnie zgwałcona (kilkadziesiąt tysięcy razy) oraz poddana bezwzględnej, konkursowej – kto więcej, ten lepszy – dekapitacji przy pomocy broni do tego stworzonej: samurajskiego miecza. Strona pierwsza natomiast, zwycięska i rozpasana, pijana triumfem, akcentująca swoją wyższość, niczym jakiejś monstrualnej wielkości żarłoczna stonka pożera wszystko, co stanie jej na drodze, a nawet, jeśli pożreć już nie ma co, dobiera się do resztek godności próbujących nieśmiało istnieć w obrębie niemieckiej ambasady stanowiącej strefę teoretycznie odporną na działania wojsk okupacyjnych.
Ponad dwugodzinna produkcja – zrealizowana na podstawie m.in. zapisków nazistowskiego dyplomaty Johna Rabe czynnie zaangażowanego w powstrzymanie masakry oraz relacji prawdopodobnie, jak przedstawione to zostało w zwieńczeniu filmu, jedynego ocalałego z tamtej rzezi – ukazując dramat ludności Nankin nie zapomina też o rozterkach moralnych niektórych bardziej wrażliwych żołnierzy japońskich, którzy uświadamiając sobie rozmiar spreparowanego piekła, uciekali się do rozwiązania ostatecznego: własnoręcznego wykreślenia się z ewidencji żyjących przy pomocy, niestety, nie rytualnego samobójstwa, lecz jakby uwłaczającej wschodniej kulturze krótkiej broni małokalibrowej, jednak pojedyncze te manifesty w ostatecznym rozrachunku nijak miały się do tysięcy pozbawionych możliwości decydowania o swym dalszym losie.
405
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze