Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak
130
BLOG

Chwała przegranemu

Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Są pisarze całym sobą opowiadający się po stronie hałasu, w gwarny sposób podejmujący w swojej twórczości spraw wyłącznie wielkich, wielkością opanowani aktywiści wzniosłych myśli: stawiają wyłącznie kulfony o Ojczyźnie, o Ojczyzny uzdrowieniu, Ojczyzną wycierają sobie gębę, mierzą wysoko, ku gwiazdom, jednak z nawozu nierzadko utkane te ich konstelacje, z obornika wywołującego niesmak pierwszego sortu. Nie wierzę takim autorom, tak jak nigdy nie uwierzę uśmiechniętym szeroko optymistom nieustannie przekonującym o pięknie „życia otrzymanego w darze”, debatującym o ideach, uzdrowieniu świata i przekonujących gremialnie o swojej własnej dobroci, do której prawdziwie dobrzy ludzie, jeśli gdzieś jeszcze istnieją, nie muszą nikogo przekonywać, gdyż dobroć ich jest po prostu widoczna i jak to dobroć, najwyżej ceni sobie skromność.
Najbardziej admiruję pisarzy, dla których Ja stało się Stolicą i Macierzą, którzy zapominając o hałasie, błogosławią ciszę i niezależnie od panujących ustrojów podglądają świat w jedyny naturalny dla człowieka sposób – przez pryzmat własnego Państwa, przez lupę własnego Ja. Imre Kertesz, człowiek głęboko przez los doświadczony, zmagający się ze swoim żydowskim dzieciństwem w Budapeszcie w czasach, kiedy Żydem być nie było można, niechciany uczestnik życia obozu w Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldzie, wcielony pod przymusem, wraz z milionami innych, do kolejnej filii socjalistycznego ogrodu w dzienniku „Ja, inny” jest przewodnikiem po swoim bogatym świecie rozważań i roztrząsań, obserwacji rzeczy mniejszych i większych, skwapliwie odnotowującym zarówno prozę, jak i poezję rzeczywistości, przy czym, jeśli ta pierwsza bywa niejednokrotnie upiorna, druga niesie od tej upiorności wytchnienie.
To myśli kwitujące okres wczesnego komunizmu, myśli człowieka rozpaczającego nad swoją pozycją w świecie, chroniącego się przed zmechanizowanym okropieństwem codziennej brzydoty w pięknie światów własnych, światów alternatywnych, podlegających ścisłej ochronie, do których wstępu nie ma pospolitość, zwyczajność, przeciętność, cała ta plugawa szarzyzna monotonnych dni błogosławiona gremialnie przez zawodowych głupców, tych prześcigających się w „figlach” i „harcach” kabareciarzy (czy istnieje w języku polskim bardziej obrzydliwe słowo?) posiadających na swoich złotych kontach z brylantowym kodem dostępu, w przeciwieństwie do wielu swoich odbiorców, środki płatnicze pozwalające z nadzieją, ufnością i uśmiechem wypatrywać jutra.
To spowiedź przegranego, jednak nie przegranego w Auschwitz czy w Buchenwaldzie, jak można by wnioskować z lektury innych utworów Kertesza, lecz przegranego już w chwili urodzin, przegranego życiem samym w sobie, to pełna nostalgii wycieczka po ulicach Wiednia, Budapesztu, Berlina lat pięćdziesiątych minionego wieku oraz przede wszystkim po arteriach umysłu autora, który oprócz zmagania się z Ojczyzną własnego Ja, zmaga się także ze swoim żydostwem, o czym w sposób niezawoalowany i chyba nie zawsze do końca poprawny politycznie opowiada.
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości