Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak
153
BLOG

Popchnięci do czynów

Sławomir Łuczak Sławomir Łuczak Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Myśląc o tej trylogii, podkreślę to po raz kolejny, prawdopodobnie - w moim odczuciu - najlepszej w historii kina, przypomina mi się pewna scena związana wprawdzie z zupełnie innym gatunkiem, jednak przypisana do świata obrazu i dźwięku: po obejrzeniu w latach osiemdziesiątych kolejnego filmu z dokonującym cudów Arnoldem otoczonym na osiedlach z wielkiej płyty (i nie tylko) boskim niemalże kultem, usłyszałem po wyjściu z kina rozmowę dwóch nastolatków, którzy z właściwą swojemu wiekowi natarczywością udowadniali sobie nawzajem, że większość scen nie mogła zdarzyć się naprawdę. Mieli rację, nie mogła. Człowiek nie opanował sztuki spacerowania po mknącym po niebie samolocie oraz innych sztuk (wliczając w to konwersację z Darthem Vaderem oraz Sarumanem) celebrowanych przez dziesiątki aktorów pokroju przyszłego gubernatora stanu California, jednak spacerowanie to przypisać można magii kina i więcej o nim nie debatować. Oni jednak rozprawiali o tych niemożliwościach, jak o czymś jednak możliwym prawdopodobnie jeszcze długo po tym, jak straciłem ich z oczu…
Istnieje jednak kino, gdzie historie zaprezentowane na ekranie zajść mogą z dużym prawdopodobieństwem także w rzeczywistości, gdzie realizm – wspominałem o tym przy okazji drugiej części Elitarnych – zostaje jakby zdefiniowany na nowo sprawiając, że widz zachodzących wydarzeń ma wrażenie jednoczesnego w nich uczestniczenia, przy czym jedni uznają to plus, kolejni zaś odgrażają się minusem, twierdząc, że życie, takie zwykłe, chamskie życie samo w sobie mają na co dzień, a w kinie szukają przed nim ucieczki, a dezercja w realistyczną szarość zupełnie im nie na rękę.
Takim obrazem jest duńska trylogia Pusher. Jej reżyser, Nicolas Winding Refn, aktualnie dbający o stan bankowych kont hollywoodzkich producentów i aktorów w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zrealizował pierwszą jej część, która – trudno mi to pojąć – umknęła mi, podobnie jak części kolejne i dopiero teraz zdetonowała się w wyobraźni raniąc ją dosłownie gradem szrapneli, bowiem obrazu tak wściekle emocjonalnego nie widziałem już dawno.
Umknęło mi naprawdę wiele: trzy przenikające się z sobą scenariusze prezentujące na pozór skomplikowany, a jednak prosty świat drobnych kopenhaskich dilerów oraz stojących ciut wyżej w hierarchii ich zaopatrzeniowców, dla których przyjaźń, jakkolwiek bezinteresowna, jeśli włączona zostaje do interesu, przyjaźnią być natychmiast przestaje transformując się w pojęcia wyjątkowo nieprzyjazne, rzekłbym: wrogie. Trzy pełne dramatyzmu opowieści o próbie uczynienia własnego życia lepszym przy pomocy metod nie akceptowanych przez prawo, a także pomysłów absolutnie nie tolerowanych przez tych, dla których prawo wraz ze swoim surowym kodeksem karnym jest bajką nie mniejszą, niż te zasłyszane w dzieciństwie. Trzy opowiedziane brutalnym, ulicznym językiem historie kipiące od wszystkich tych uczuć – jak niejednokrotnie rozpaczliwie i jakby z coraz mniejszym entuzjazmem przekonują idealiści – czyniących nas ludźmi zmierzające ku trzem zakończeniom, które uznać mi przyszło, najpierw raz, potem drugi i trzeci, ze względu na ich fascynującą ciszę i wbrew pozorom wolne od dokuczliwych znamion banału niedopowiedzenie za najlepsze zwieńczenia w historii.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości